KORRIDA Z FAŁSZEM - cz. 6 "Raporty"
Katastrofa smoleńska wprost obrosła absurdalnymi mitami. Pomijam te już wymarłe, mam
nadzieję, że ostatecznie, jak np. „kłótnię na lotnisku”, „cztery lądowania”,
„generała za sterami”, „zabije mnie, jak nie wyląduję”, itp. Ale wiele jest
wciąż powtarzanych.
*** FAŁSZ#36: „Badanie rosyjskiego MAK było
profesjonalne, do tego uczestniczył w nim polski akredytowany”
*** FAKT: Najlepszym obrazem jakości badań MAK oraz
„współpracy” MAK z wydelegowanym do niego polskim akredytowanym – płk. E.
Klichem są Uwagi Rzeczypospolitej Polskiej (…) do projektu raportu (…) MAK,
wydane 19 grudnia 2010r. Jest to dokument tak nasycony zawartą na 148-miu
stronach treścią, że w niniejszej notce da się naszkicować tylko niektóre z
jego zastrzeżeń do rosyjskiego „śledztwa”.
I tak MAK nie dopuścił (!) polskiego akredytowanego do
istotnych badań, np. do kontrolnego oblotu lotniska w dn. 15.10.2010r.
Odmówiono mu również dostępu do wielu dokumentów, zarówno źródłowych, jak też
protokółów sporządzonych przez MAK.
Szokująca jest Lista wystąpień strony polskiej o
dokumentację, zamieszczona na stronach 5-25 „Uwag …”. Na wymienione
tam ogółem 233 wnioski i prośby o informacje, wyjaśnienia, dokumentacje, pomoc
prawną, itp., o jakie strona polska wystąpiła między 19.04.2010r. a
07.10.2010r. – aż przy 178 (76%) pozycjach występują adnotacje „nie
otrzymano”, „nie umożliwiono”, „nie przekazano”, „brak
odpowiedzi”, itp. (Chociaż część wniosków z tej liczby była ponowieniem
wniosków wcześniejszych, to rezultat tych ponowień był konsekwentnie
negatywny).
Na kolejne 22 zapytania (10%) MAK udzielił odpowiedzi
niepełnych lub wymijających. A tylko 33 (14%) jego odpowiedzi strona polska
uznała za zadowalające.
Podajmy tylko niektóre przykłady zainteresowania
polskich organów, które MAK ominął: Np. wyniki ekspertyz technicznych, jakie
winny być przeprowadzone na miejscu katastrofy – MAK nie dał nawet ich
wykazu, zatem nie wiadomo jakie badania w ogóle przeprowadził. Jakie normy
spełniało lotnisko w Smoleńsku i jakie były wymagania względem załóg
wykonujących na nim loty – nie podał. Czy były różnice w wyposażeniu lotniska
między dniem 7.04.2010r., kiedy lądowali na nim premierzy Putin i Tusk, a dniem
10.04.2010r. – pytanie pozostawił bez odpowiedzi. Udostępnienia danych z rejestratora
lotu Ił-76, który dwukrotnie próbował tam lądować półtorej godziny wcześniej –
kilkakrotnie i zdecydowanie odmówił. (Te dane pozwoliłyby nie tylko
zweryfikować przebieg podejścia, lecz także wyjaśnić, czy Ił-76 mógł mieć
udział w „wycince” drzewostanu). Oceny działania systemu ratownictwa po
katastrofie – nie wydał. Protokółu oblotu środków radiotechnicznych lotniska,
przeprowadzonego dnia 15.04.2010r. (tego samego oblotu, do którego nie dopuścił
polskiego akredytowanego) – nie udostępnił. Dlaczego przy panującej mgle
lotniska nie zamknięto i dlaczego nieuprawniony do tego płk Krasnokutskij
(którego obecność i udział MAK w swym protokóle ukrywał) zastopował starania
kontrolera o odesłanie Tu-154 na lotnisko zastępcze do Moskwy – nie
odpowiedział.
Mimo, że sporą część z tych wniosków ponawiano
kilkakrotnie – to z konsekwentnie negatywnym skutkiem. Zatem pozostało jej
jedynie zgłosić poprawki do projektu raportu MAK. I znowu – mimo że strona
polska złożyła do tekstu raportu ok. 175 uzasadnionych poprawek – to
uwzględnione można policzyć na palcach. Skutkiem tego wszystkie
oskarżenia MAK-u pod adresem Polaków pozostały bez zmian.
Można by takie zachowanie Rosjan złożyć na
przysłowiowy „bardach”, gdyby nie inne przykłady. Np. polscy śledczy
wielokrotnie występowali o zapis z lotniskowego systemu radarowego, który
ukazałby rzeczywistą trasę podejścia i wysokość samolotu, bez uciekania się do
przeliczeń wysokości radiowej z wątpliwymi danymi o rzeźbie terenu. Gdyż
komisja Millera nie ma wątpliwości, że kontroler strefy lądowania nie reagował
na znaczne odchylenie lotu od ścieżki podejścia, jakie widział na radarze tak w
pionie, jak w poziomie. Początkowo MAK wyjaśniał, że taśma z tego zapisu jest „w
obróbce”, a w końcu ogłosił, że żaden zapis nie istnieje, z powodu „skręcenia
(zwarcia) przewodów pomiędzy kamerą a magnetowidem”. Gdy Polacy powołali
się na wielokrotne przywoływanie w raporcie MAK widoku z tego
„nieistniejącego” zapisu – MAK zamilkł ostatecznie. Za to wciąż konsekwentnie
odmawia komisji Millera i polskiej prokuraturze kontaktu z kontrolerami
lotniska. Mało tego, Rosjanie wystąpili o usunięcie z polskiej dokumentacji
wcześniejszych zeznań kontrolerów i zastąpienie ich złożonymi później, już bez
obecności polskich śledczych!
Podobnie jest z protokółami z ekspertyz technicznych
(a nic nie wskazuje, że takie były), w tym toksykologicznych. Mimo wyraźnych
wniosków strony polskiej o udostępnienie protokółu z rzekomego wykrycia „0.6
promila alkoholu u Gen. A. Błasika” – MAK, poza słynną konferencją prasową
gen. T. Anodiny, do dziś żadnych dokumentów nie przedstawił.
Do tego można jeszcze dodać inne nieprawdziwe
„ustalenia”, np. rzekome słowa kpt. A. Protasiuka: „Wkurzy się, jeśli
jeszcze…”, których nikt poza MAK-iem nie usłyszał. Albo włączenie do
materiału dowodowego słynnego „incydentu gruzińskiego” sprzed dwóch lat, do
tego jeszcze z zupełnym przekłamaniem, jakoby Prezydent wchodził do kokpitu „w
czasie lotu” (p-kt 1.17.1 raportu).
I właśnie z tego podejścia MAK biorą się wnioski w
jego raporcie, oskarżające wyłącznie załogę i pasażerów Tu-154, a zupełnie
pomijające udział rosyjskich kontrolerów. Jak też udział ich przełożonych,
którzy wymusili na kontrolerach sprowadzanie samolotu na lotnisko opanowane
przez mgłę. Choć całkowicie nieprawdziwe i nie wytrzymujące konfrontacji z
żadną rzeczową analizą – ale właśnie te wnioski „poszły w świat”.
*** FAŁSZ#37: „Komisja Millera profesjonalnie
wyjaśniła przyczyny katastrofy, a jej raport jest niepodważalny (wg dra M.
Laska – >raport broni się sam<)”
*** FAKT: Raport Millera zawiera sporo oczywistych
błędów i niespójności. Weźmy np. wyraźny zarzut ze str. 49, 318 i 230/328
raportu: „O tragicznym finale lotu zadecydowały (…) zignorowanie
generowanych przez sygnalizacjęTAWS alarmów (pull up)”.
Tymczasem załoga tych alarmów wcale nie „zignorowała”,
co rzeczowo wyjaśniłem w cz. 5 "Podejście".
A w tej sprawie raport i działania informacyjne
komisji Millera wprost plączą się w sprzecznościach. Z jednej strony komisja na
str. 227/328 raportu doceniła wiedzę kpt. A. Protasiuka o TAWS: „dowódca
znał zasady pracy urządzenia TAWS i wiedział jak zareagować w celu wyciszenia
alarmu”. I nawet we wniosku końcowym nr 102 na str. 309/328, a precyzyjniej
na str. 29/625 Zał. nr 4 nie podtrzymuje zarzutu „ignorowania”, ale że: „załoga
niewłaściwie użytkowała system TAWS. Podchodząc do lądowania na
lotnisko, które nie jest ujęte w bazie danych tego systemu, załoga powinna
wyłączyć przyciskiem >terr-inhibit< ostrzeżenia o zbliżaniu się do ziemi”.
Lecz w kolejnym zdaniu znowu radykalizuje swój osąd: „załoga powinna
przerwać zniżanie, przejść na drugi krąg i przeanalizować powód wygenerowania
powyższych komend”. A przecież kpt. A. Protasiuk nie miał powodu
„analizować” tego, o czym bardzo dokładnie wiedział.
Już parę lat po opublikowaniu raportu, w filmiku
zaprezentowanym 2.01.2015r. na YT, członek komisji – mgr inż. Piotr Lipiec
znowu zdaje się nie orientować w istocie TAWS i w ustaleniach raportu, który
sam podpisał, bo nagle ogłasza: „załoga czterokrotnie była ostrzegana
o możliwości zderzenia się z ziemią” (wynik wyszukiwania fraz: >”Piotr
Lipiec” TAWS<, 1-sza minuta filmu). A określenie „czterokrotnie” obejmuje
wszystkie serie ostrzeżeń TAWS, także trzy całkowicie niewłaściwe!
Więc chyba tylko sam mgr inż. P. Lipiec potrafi
pogodzić tę swoją wypowiedź na YouTube: „załoga (…) była ostrzegana…” z
podpisanym również przez niego Załącznikiem Nr 4 do raportu: przez „sygnały
nie wnoszące żadnej informacji”.
Kolejną sprzecznością w tej sprawie jest stwierdzenie
w przypisie na str. 214/238 raportu, że powrót na jednym z wysokościomierzy
barycznych z lotniskowego ciśnienia odniesienia (QFE) do uniwersalnego (QNH) „wprowadził
nieprawidłową (?!) informację, w wyniku której system przyjmował, że
samolot był wyżej niż w rzeczywistości i przez to nie generował ostrzeżeń”.
Jakimże sposobem TAWS mógłby „przyjmować że jest wyżej” w stosunku do odległego
o kilka kilometrów lotniska, którego nie miał w swej bazie, a więc o jego
istnieniu w ogóle nie wiedział, a tym samym nie znał jego wysokości n.p.m.?
Przecież, jak napisano na str. 3-4/53: Zał. nr 2: Opis
i analiza pracy systemów pokładowych samolotu Tu-154M nr 101, ze względu na
brak tego lotniska w bazie danych TAWS nie można było użyć przycisku
>QFE<, i zapis TAWS-u potwierdza, że go nie użyto. A dopóki nie załączono
tego przycisku, to wysokość podawaną przez wysokościomierz dowódcy system nadal
przeliczał w stosunku do ciśnienia uniwersalnego 760mmHg, a nie do
jakiegokolwiek innego. Czyli kpt. A. Protasiuk, wracając do tegoż właśnie uniwersalnego
odniesienia, nie tylko nie „oszukał” systemu TAWS, a wręcz przeciwnie, przestał
go oszukiwać co do rzeczywistego położenia samolotu.
Tak więc stwierdzenie raportu, że TAWS po powrocie do
zakresu QNH otrzymywał „nieprawidłową informację” oraz wypowiedź mgra inż. P.
Lipca o prawdziwości „ostrzeżeń TAWS”, wymownie świadczą o pogubieniu się
członków komisji Millera oraz o braku współpracy między nimi w trakcie pisania
raportu.
Innym przykładem rozkojarzenia się komisji jest teza
ze str. 228: „Analizując moment, w którym dowódca statku powietrznego o
godz. 6:40:52 powiedział: >Odchodzimy na drugie<, trzeba przywołać
sekwencję komend i zmian wysokości. O godz. 6:40:45 nawigator zgłosił
>sto<. Sześć sekund później ponownie powiedział >sto<. Informacja o
braku zmiany wysokości w tak długim czasie musiała stanowić problem dla pilota
lecącego, co spowodowało podjęcie decyzji o zwiększeniu prędkości zniżania”.
Ponieważ „dowódca statku powietrznego” i „pilot
lecący” to była akurat jedna i ta sama osoba, to analizując podany czas i
interwał widzimy, że kpt. A. Protasiuk w tej samej chwili jakoby podjął dwie
przeciwstawne decyzje; by odlecieć, i na odwrót – by jeszcze bardziej się
zniżyć. Przy czym odejście zapowiedział osobiście, a o zwiększenie prędkości
zniżania posądziła go komisja Millera, według jej własnych „analiz”.
Miałem własną sposobność również w tej kwestii
polemizować z drem M. Laskiem, przewodniczącym „Zespołu do wyjaśniania …”, a
wcześniej – członkiem komisji Millera. I po kilkukrotnej wymianie listów inny
członek komisji (W. Jedynak) tę oryginalną jej tezę nazwał „jedynie próbą
wyjaśnienia powodów działania załogi” (?!!!).
W tym przypadku w jakimś sensie swój błąd uznała sama
komisja, tym niemniej błędów i nieuprawnionych wniosków w jej raporcie jest
więcej. Kilka już wymieniłem w cz. 5 "Podejście". Nie
zatrzymam się nad oczywistym błędem ze str. 15/328, jakoby drugie (i ostatnie)
wejście dyr. M. Kazany do kokpitu nastąpiło na wysokości 500 metrów, a z
wszystkich stenogramów wynika, że było to jeszcze na 1500 metrach – pewnie tu
tylko zgubiła się jedynka. Ale wskażę na szczególnie rażący kiks – na ukazaną w
Zał. nr 1.1 i 1.2 do raportu „trajektorię Millera”.
Kto przygląda się podchodzącemu do lotniska dużemu
samolotowi zauważy, że tor jego lotu przypomina elastyczny sznur, naciągnięty
między położonym wyżej początkowym, a niżej – końcowym punktem obserwacji.
Natomiast ten wg komisji Millera przypomina mocno pogięty drut, wydobyty ze
złomowiska. Taki tor lotu jest zupełnie nierealny, bo można wyliczyć, że w
niektórych miejscach dynamika załamań aż 20-30-krotnie przekracza przeciążenia
rzeczywiście zarejestrowane. Poza tym w niektórych miejscach „trajektorii
Millera” samolot ni stąd ni zowąd się wznosi (!), i to zanim jeszcze przełamał
opadanie, a przecież gdyby tak było – to już wtedy by po prostu odleciał.
Tu nie może być mowy o mimowolnym błędzie, bo te same
sytuacje są opisane np. na str. 215/328 raportu. Porównajmy np. dwie z nich,
które dzieliła tylko sekunda. Pierwsza wydarzyła się o godz. 8:40:50.5 – wg
komisji Millera na wysokości „63m nad poziomem lotniska”, a kolejna o
8:40:51.5 – już tylko „49m nad poziomem lotniska”. Jeśli uwzględnić
dotychczasową prędkość opadania ok. 7m/s, to w tym przedziale musiałaby się
zwiększyć do średniej 14m/s, więc na drugim brzegu odcinka – do wartości chwilowej
21m/s (!!!). A przyspieszenie opadania wyniosłoby 14m/s², czyli pasażerowie zaciążyliby
ku sufitowi z siłą wynoszącą prawie połowę ich normalnej wagi!
Takie wrażenia „rollercoaster” musiałyby znaleźć
odzwierciedlenie w emocjach pasażerów oraz w zapisie przeciążeń. Lecz ani tu
ani tam ich nie ma, czyli rzeczywiście ich też nie było. Bo skąd by się wzięły
nagłe skoki sił nośnych, wynoszące aż 100-150 ton?
Poprosiłem więc dra M. Laska o podobne obliczenia
sprawdzające, ale wykonane przez komisję Millera. Odpowiedział, że komisja
takich obliczeń w ogóle nie robiła.
Kolejna fikcja „trajektorii Millera” ujawnia się po
nałożeniu na nią wykresu zarejestrowanych przeciążeń pionowych. Najpewniej
komisja tego też nie zrobiła, bo przedstawiła je na osobnych rysunkach i w
różnych skalach. Zaś obydwa te kształty powinny sobie odpowiadać – ich zmiany
winny występować w tych samych momentach i podążać w zgodnych kierunkach. A tej
zgodności nie mają wcale.
Ponieważ raporty MAK i Millera łącznie powołują się aż
na siedem (!) wersji profilu terenu, więc najpewniej w rzeczywistych warunkach
w Smoleńsku można próbować odnaleźć zgodność tych dwu przebiegów. A tym samym
wyznaczyć rzeczywistą korelację toru lotu z zapisem rozmów oraz z zapisem
parametrów, być może po przesunięciu ich wzdłuż siebie. A to nadal jest
możliwe, nawet bez angażowania Rosjan.
Osobne tutaj opracowanie p. t. Analiza podejścia przedstawia wariant przesunięcia wzdłużnego o 35 metrów, w którym odcinek trajektorii po TAWS#37 znacząco się wygładza. Ale wtedy skrzydło i brzoza również się mijają, a tego komisja Millera nie byłaby w stanie zaakceptować.
Kolejną zasadniczą wpadką komisji Millera jest błędne wyznaczenie współrzędnych tzw. punktu kontrolnego lotniska (KTA), w tabelce na str. 49/238 raportu podanych jako XUBS. W raporcie w ogóle trudno się połapać kiedy komisja używa współrzędnych SK-42, a kiedy WGS-84. A wartości podane w skrajnej kolumnie wspomnianej tabelki nie odnoszą się do niczego, najwidoczniej tabelka ma też pomylone opisy kolumn. W każdym razie podane załodze współrzędne z karty podejścia mylnie kierowały 55 metrów w prawo, a nie, jak twierdzi komisja Millera, 116 metrów w lewo od pasa. Zaś zmylenie w kierunku W-E także było znaczne. I te błędy doprowadziły do postawienia załodze niesłusznych zarzutów, co także wyjaśnia wspomniane opracowanie p. t. Analiza podejścia.
Inny nietrafiony wobec pilotów zarzut komisji Millera
zawiera się w sformułowaniu ze str. 205 i 219/328 raportu: „O godz. 8:10:06
podczas czytania karty >Przed rozpoczęciem zniżania< załoga stwierdziła,
że procedura jest jeszcze nieznana (dowódca), dane do lądowania są częściowo
zapisane (…). Brakuje jednak informacji o zakończeniu czytania tej
karty, a sposób jej czytania wskazuje, że dane konieczne do jej zakończenia
nie były jeszcze przygotowane i przemyślane”.
Tymczasem najświeższy odczyt rozmów w kokpicie,
wykonany przez A. Artymowicza, o godz. 8:10:24 odnotowuje słowa kpt. A.
Protasiuka: „Dziękuję, karta”. To obala zarówno ten zarzut, jak też
podważa inne podobne tezy komisji Millera, które komisja oparła tylko na
przesłance, że „załoga nie zgłaszała”.
Zaskakujące zwierzenie komisja czyni na str. 9/53 Zał.
nr 2 do raportu, w rozdz. 2.4. Synchronizacja zapisów MSRP i MARS-BM: „…Z
powyższych danych wynika, że czas MSRP jest opóźniony o 3,425s w stosunku do
czasu MARS-BM. Do dalszych analiz przyjęto opóźnienie 3s”. A przecież
pominięcie prawie pół sekundy ma przy analizowaniu tak szybkich zdarzeń
znaczenie wprost kolosalne. Jednak komisja Millera miała kłopot nie tylko z
fizyką, ale, jak sama przyznała, również z ułamkami.
Miała też kłopot z prostymi zadaniami geometrycznymi. W raporcie i załącznikach np. podała parametry
położenia samolotu przy głównej brzozie; wysokość samolotu nad terenem 6.2m,
uniesienie dziobu pod kątem 12.8°, przechylenie na lewe skrzydło pod kątem
-2.5°. Z rysunków w Zał. nr 1.1 i 1.2 można oszacować nachylenie wznoszącego
się terenu – ok. 2.5-3°. Lewe skrzydło straciło końcówkę o długości 6.1m, czyli
ok. 11m od osi kadłuba. W Internecie można wyszukać dokładny rysunek sylwetki
Tu-154, z którego wynika, że skrzydło jest cofnięte co najmniej 20m za kokpitem,
pod którym była antena pomiaru wysokości radiowej, a umiejscowione jest ok. 1.2m
wyżej, niż ta antena.
Teraz wystarczy rozwiązać dwa zadania trygonometryczne „znajdź długość
przyprostokątnej trójkąta, mając kąt i przeciwprostokątną”, a nawet po
zaokrągleniu obliczeń in plus otrzymamy, że brzoza mogła być zahaczona najwyżej
3.5 metra od podstawy. Tymczasem komisja Millera określiła wysokość uderzenia w
pień brzozy na 5.1 metra (str. 3/28 Zał. nr 4.5), a prokuratura później wymierzyła
kikut nawet na 6.66 metra.
Przy swoim przesunięciu zapisu MSRP względem rejestratora MARS-BM i względem terenu, z główną brzozą komisja połączyła „odgłos
przypominający niszczenie konstrukcji…”, zapisany przez A. Artymowicza o
godz. 8:40:59.353. Ale jednocześnie powstaje problem z przypisaniem
wcześniejszych podobnych odgłosów. O ile jeszcze zanotowany 1.25sek. wcześniej
„odgłos przypominający silne uderzenie” można wiązać z pierwszą lub
drugą „kępą młodych brzózek” (ale dlaczego wystąpiło tylko jedno uderzenie,
do tego silne?) – to już ani komisja Millera nie wskazuje, ani na planie topograficznym
nie widać przeszkód terenowych, które mogłyby spowodować zanotowany przez A.
Artymowicza o godz. 8:40:54.57 „odgłos przypominający lekkie uderzenie o
kadłub” lub zanotowaną o godz. 8:40:57.065 „serię 3 lekkich uderzeń…”. Z kolei żaden odgłos nie towarzyszy przycięciu wierzchołka pierwszej brzozy w
rejonie BRL.
Choć wszystkie te odgłosy można tak przesunąć w
terenie że prawie się pokryją z istniejącymi przeszkodami, ale wtedy nie
pokrywają się z w/w tezami komisji Millera. I co gorsza – nie pokrywają się
również z zapisami TAWS. Czyli sprawa odgłosów nadal wymaga dopięcia.
Niestety, tych błędów w raporcie Millera jest więcej.
*** FAŁSZ#38: „Po-my-sły!”, „nie musimy
dokładnie”, „zmieścisz się śmiało”
*** FAKT: Do tej pory powstały cztery kompleksowe
odczyty rozmów w kokpicie, w wersjach: rosyjskiego MAK, Centralnego
Laboratorium Kryminalistyki (CLK) – na użytek komisji Millera, krakowskiego
Instytutu Ekspertyz Sądowych im. J. Sehna (IES) – na użytek Prokuratury
Wojskowej oraz drugi odczyt dla Prokuratury, wykonany pod kierunkiem akustyka
A. Artymowicza. Obok nich są jeszcze równoległe, pochodzące z zapisów
zewnętrznych, m. in. z wieży w Smoleńsku lub ostatnio ujawniony przez Szwedów,
ale zawierające tylko radiowe rozmowy załogi Tu-154.
W wielu kluczowych kwestiach cztery główne odczyty
bardzo się różnią i nie wiadomo, który uważać za najbardziej wiarygodny i
ostateczny. Nie ma żadnej pewności, że za taki można uznać wersję A.
Artymowicza, mimo że jest najświeższa i najobszerniejsza. Ale nie jest wolna od
oczywistych przekłamań. Np. o godz. 8:39:16.7 2-gi pilot (lub kapitan) rzekomo
odpowiada na pytanie nawigatora o ustawienie interceptorów: „schowane i
świecą”. Tymczasem interceptory mają aktywną sygnalizację świetlną w
położeniu wypuszczonym, więc ta kwestia musiała brzmieć: „schowane, nie
świecą”, tak, jak podają transkrypcje przy raportach MAK i Millera.
To nawet dobrze, że odsłuchujący nie kierowali się rutyną,
a rzeczywistym wrażeniem słuchowym. Tym niemniej wskazuje, że i ten odczyt nie
jest zupełnie pewny, nawet co do treści docierających z pierwszego planu. Tego
przykładem może być wypowiedź kpt. A. Protasiuka, wyłapana tuż po godz. 8:37,
niecałe pół sekundy po słowach pilota Jak-a „Arek, teraz widać dwieście”.
Wg MAK brzmi ona: „Klapy”, wg IES „Kilka metrów”, a w wersji
Artymowicza – „Przyciskamy” (CLK nie wychwyciło jej w ogóle). Widać
więc, jak duża tu panowała przestrzeń dowolności.
Poza fragmentami sprzecznymi te cztery odczyty można
jednak traktować uzupełniająco. Bo chociaż cyfrowym zapisom poszczególnych
kopii niewiele można zarzucić, to sam proces odczytu z analogowego oryginału
był bardzo niedoskonały. Z powodu występowania zjawiska odskakiwania taśmy od
głowicy (tzw. dropoutu) można przyjąć, że każdy z tych odczytów inaczej
zamazywał lub odtwarzał te same treści.
Inną komplikacją był fakt, że drzwi między kokpitem a
korytarzykiem i znajdującym się w pobliżu prezydenckim salonikiem były otwarte.
To stwarza pole do spekulacji czy ledwie uchwytne kwestie, wypowiadane przez
niezidentyfikowane osoby, dochodziły z tyłu kokpitu, czy z korytarzyka, czy
nawet aż z salonki. Wobec ich słabej rozpoznawalności jakiekolwiek jednoznaczne
rozstrzygnięcie byłoby co najmniej wątpliwe. Tu nie zgadzam się z tezą A.
Artymowicza, który uznał za niemożliwe, by do kokpitu mogły dotrzeć słowa z
odległej o kilka metrów prezydenckiej salonki. A krakowskiemu IES, który tak
uznał, zarzucił niemal szalbierstwo. Choć przedstawione na str. 62/107 opracowania
Artymowicza pomiary tłumienia dźwięku w funkcji odległości od mikrofonów
rejestratora MARS-BM są wiarygodne – ten reżyser-akustyk zapomniał, że o
poziomie dźwięków oddalonych decydowało nie tylko ich tłumienie po drodze, ale
również głośność źródłowa. Głośniejsze wypowiedzi z prezydenckiej
salonki, gdzie prawdopodobnie toczyła się ożywiona dyskusja nad wyborem
lotniska zapasowego, jednak mogły dochodzić. Potwierdzają to ich konteksty, na
które wskazuję dalej. Zwróćmy też uwagę, że nawet nie wszystkie wypowiedzi
pierwszego pilota zostały rozpoznane, choć wg pomiarów A. Artymowicza nie
ulegały żadnemu stłumieniu. Bo mimo że kapitan siedział tuż przed mikrofonem,
to wypowiedział je zbyt cicho.
Zatem A. Artymowicz myli się twierdząc, że zmierzone
przez niego tłumienie o 27dB dźwięków emitowanych z prezydenckiej salonki
czyniło niemożliwym ich wyłapanie przez mikrofony w kokpicie. Dystans głośności
pomiędzy rozmową (w tym przypadku zapewne dosyć ożywioną), a wciąż jeszcze
rozpoznawalnym szeptem, wg różnych źródeł wynosi 30-40dB, a to sporo więcej,
niż zmierzone przez niego tłumienie 27dB.
Za to nie uważam by A. Artymowicz przesadził,
podnosząc kilkakrotnie częstotliwość próbkowania zgrywanej przez siebie kopii.
To z pewnością zwiększało rozpoznawalność trudno zrozumiałych kwestii. Nie
uważam też, by wszystkie odczytane przezeń frazy, które sprawiają wrażenie
niespójnych i alogicznych, takimi były. Np. dziwny dialog pomiędzy oboma
pilotami ok. godz. 8:40:10, dwie sekundy po wystąpieniu pierwszego sygnału
>terrain ahead<, daje się wytłumaczyć. Drugi pilot, niewątpliwie od
pierwszego mniej zorientowany o istocie tych sygnałów, sugeruje przerwanie
podejścia: „Mówisz do widzeniaa!”. Ale dowódca, stwierdzając że jego
kolega po prostu tych sygnałów w porę nie wyłączył, mógł się poirytować: „Nieee
ktoś za to beknie!”.
Zwracam też uwagę, że bardzo rozreklamowane i
oskarżające pilotów i Gen. A. Błasika leitmotivy z poprzednich odczytów,
zamiast u A. Artymowicza się potwierdzić, na ogół już się nie ostały. U
Artymowicza nie ma nie tylko wyraźnie tendencyjnego rosyjskiego szlagwortu „Wkurzy
się, jeśli jeszcze…”, ale też długo wałkowanych w mediach kwestii z
odsłuchu IES „siadaj, siadajcie,… spokojnie” i „generałowie…”. A
przecież członkowie komisji Millera na konferencji w redakcji GW (30.01.2013r.)
lansowali nawet pogłębione odmiany tej frazy: „wchodzą generałowie”,
albo „uwaga, generałowie”!
Mimo to wszystkie te leitmotivy nadal funkcjonują w
przestrzeni medialnej, i to zarówno podważone przez A. Artymowicza, jak przez
niego wniesione. Zaś z tych najnowszych chyba największą karierę zrobiły trzy,
przypisane Gen. A. Błasikowi: „po-my-sły!”, „nie musimy dokładnie”
i „zmieścisz się śmiało”. I to mimo istotnych wątpliwości, gdyż te frazy
miały paść jeszcze na wysokości 230-240 metrów i w odległości grubo ponad dwóch
kilometrów od brzóz, między którymi samolot jakoby się „nie zmieścił”. Mimo to
medialni oskarżyciele uznali za bardziej prawdopodobne, że te oceny dotyczyły
prześwitu między brzozami, które nawet bez mgły nie mogły być dostrzegalne, a
nie np. miejsca na kanapie w prezydenckim saloniku. A przecież wszystkie te
frazy kontekstowo pasują do dyskusji nad rozmiarami opóźnienia uroczystości, w
razie dojazdu z odległego o ponad sto kilometrów lotniska zapasowego.
Pomijam, że słowo „po-my-sły!”, wypowiedziane
podobno z naciskiem i wyraźnie rozciągnięte, miało trwać… niecałe pół sekundy
(0.468s). Wystarczy że A. Artymowicz nieco poprawi notację czasu, a ten kiks
usunie. Za to znów zwrócę uwagę na logiczny kontekst, który wyraźnie nie
kieruje się ku załodze. Bo jeśli miałby dowodzić nacisków na pilotów, to oni
przecież akurat wtedy wykonywali podejście do lotniska, tak, jak tego życzyłby
sobie „naciskający”. Za to w saloniku obok, w dyskusji które lotnisko wybrać,
takie ponaglenie jest o wiele bardziej prawdopodobne.
W tej krótkiej notce nie da się dokonać całościowej
oceny odczytu A. Artymowicza, ani też pozostałych. Ale wykazuję, że żadnego z
nich nie można uważać za ostateczny. Ponieważ na wierność kopii przede wszystkim wpływa (nie)doskonałość analogowego odczytu, to możliwe że w przyszłości kolejne odczyty wniosą uściślenia do dotychczasowych, lub wyjdą z nich na jaw nowe okoliczności.
>Alur< – sierpień 2017r.
Komentarze
Prześlij komentarz