KORRIDA Z FAŁSZEM - cz. 7 "Media"



Katastrofa smoleńska wprost obrosła absurdalnymi mitami. Pomijam te już wymarłe, mam nadzieję, że ostatecznie, jak np. „kłótnię na lotnisku”, „cztery lądowania”, „generała za sterami”, „zabije mnie, jak nie wyląduję”, itp. Ale wiele jest wciąż powtarzanych.

*** FAŁSZ#39: „Jeden z ekspertów Zespołu Parlamentarnego zeznał przed prokuraturą, że w młodości widział >wybuch w szopie<, inny >prosił prokuratorów o dane skrzydła tupolewa, mimo, że wcześniej powinien je znać<, itd.
*** FAKT: To już nie fałszywka, ale grube fałszerstwo, ulepione przez Gazetę Wyborczą z umyślnego „przecieku” z prokuratury, a rozpowszechnione nawet przez media publiczne. Bo niezależnie co z relacji trójki świadków było celowym zeznaniem, a co swobodną, luźną wypowiedzią, to jeszcze niektóre ich wypowiedzi Gazeta przeinaczyła, a nawet sfałszowała:
Jeden wspominał, że po wojnie widywał wybuchy płonących stodół (można przypuszczać, że wskutek ukrywanej w nich amunicji). To GW mu przeinaczyła na „wybuch w szopie”. I szydziła z jego rzekomej terminologii ginekologicznej, gdy na badanym fragmencie z wraku wskazał charakterystyczne rozstępy połączeń nitowanych.
A o prof. W. Biniendzie GW najbezczelniej skłamała, że dopiero prokuratorów prosił o dane, które wcześniej powinien znać. Gdyż w ogóle o nic ich nie prosił. Jak też, że jego macierzysta uczelnia odcięła się od jego badań, czemu władze uczelni w Akron natychmiast i zdecydowanie zaprzeczyły. Za co zresztą doświadczyły tzw. hejtu.
Co do trzeciego eksperta – GW mu skarykaturyzowała całkowicie wyrwane z kontekstu pojęcie „eksperyment myślowy”. Tymczasem wcale mu nie chodziło o „eksperymentowanie w myślach”, przeciwnie, ekspert stwierdził dosłownie, że przeprowadził „analizę myślową”, zupełnie tak samo jak np. Maxwell, Einstein czy Higgs, którzy swych epokowych odkryć również dokonali na drodze rozważań czysto teoretycznych, bez doświadczeń praktycznych. Zaś „eksperymentem myślowym” ekspert nazwał jedynie dostrzeżone przez siebie przesłanki, a nie metodę pozyskania wyników.
Manipulacjami w stylu GW można zdyskredytować nawet św. Jana Pawła II. Przecież On nawet nie ukończył normalnego seminarium. Kiedy niby studiował – całymi dniami zajmował się kopaniem soli. Za to, jak sam przyznał, jako dziecko często chodził na mszę świętą. Czyli tylko tak, podpatrując jakiegoś księżulka, opanował liturgię?
Tych manipulacji Gazeta Wyborcza użyła w artykule do dziś (sierpień 2017) dostępnym w Internecie (wynik wyszukiwania frazy: >wybuch w szopie<). Gdzie obok fałszywych cytatów umieściła nawet linki do rzeczywistych zeznań. Widać jej dziennikarze kalkulowali, że czytelnicy do nich nie zajrzą i poprzestaną na „streszczeniu” Gazety. Sądząc po ciągłych nawrotach tej fałszywki – wielu rzeczywiście nie zadało sobie tego trudu lub świadomie to kłamstwo powiela.

*** FAŁSZ#40: „A. Macierewicz i naukowcy z jego Zespołu Parlamentarnego tworzą śmieszne i absurdalne teorie, np. o >mgle helowej<
*** FAKT: Walka z „niebezpieczną wiedzą”, do jakiej docierają niezależni badacze, jest prowadzona wszelkimi, ale bardzo typowymi sposobami. Czyli przez próby podrzucania im fałszywych tropów, przez przypisywanie im tez, których nigdy nie głosili, i wreszcie przez ośmieszanie tez, których nie udaje się podważyć merytorycznie.
Jedną z takich podrzuconych tez że Rosjanie spowodowali szybkie opadanie samolotu wypuszczając przed lotniskiem ogromne ilości helu – nagłośnił dzisiejszy „nawrócony grzesznik” – mec. R. Rogalski. Nie wiadomo czy zrobił to intencjonalnie, lecz było to tak niewiarygodne, że zaszkodził wszystkim krytykom raportów MAK i Millera.
J. Kaczyński natychmiast, bo już na początku maja 2011r., odciął się od tej teorii swego adwokata, o czym wtedy napisał tygodnik „Wprost” (wynik wyszukiwania frazy: >Kaczyński był tym zdziwiony<). Ale mainstream jakoś przemilczał to zdystansowanie się J. Kaczyńskiego.
Mecenas zadziwił po raz drugi, kiedy dwa lata później, akurat gdy PO znalazła się w sondażowych kłopotach, nagle publicznie się pokajał i poparł raport Millera. Tym samym stał się osobliwym przypadkiem zabiegającego przecież o popularność palestranta, który z coraz pewniej płynącej nawy nagle się przesiadł do nabierającej wody, chybotliwej łódki. Zaczął też mocno krytykować J. Kaczyńskiego – swego byłego klienta, co stawia pod znakiem zapytania jego etykę zawodową i zaufanie jego klientów. Trudno więc nie pytać o prawdziwe intencje i rolę mecenasa Rogalskiego.
Z pewnością wyraźne intencje mieli ci, którzy próbowali ośmieszać akademików ilustrujących pękanie lub zgniatanie kadłuba, za pomocą łatwych do zaobserwowania podobnych efektów w parówkach lub puszkach po piwie. A już ci, którzy ich intencjom ulegli, sami sobie wystawili opinię ignorantów. Gdyż dali dowód swej niewiedzy, że wszelkie nauki ścisłe, wśród nich fizyka, obecne są we wszystkim. Także w najzwyklejszych zjawiskach, jakie nas otaczają w życiu codziennym. Gdyż nawet w toalecie mielibyśmy ogromne kłopoty gdyby nie dostojna, skądinąd, grawitacja.

*** FAŁSZ#41: „Polska załoga Jak-a 40 powinna być pociągnięta do odpowiedzialności karnej za lądowanie w niedozwolonych warunkach (mgła)
*** FAKT: Ten zarzut pojawił się niejako w odwecie, gdy załoga Jak-a zaczęła głosić, że to wieża zarekomendowała pilotom Tu-154M zejście do 50 metrów. Tymczasem Jak-40 lądował prawie półtorej godziny wcześniej, w lepszych warunkach. Na 7 minut przed lądowaniem wieża podała Jak-owi: „Widzialność tysiąc pięćset”, czyli zawartą w dozwolonym minimum. Potem bez zastrzeżeń zezwalała mu na kolejne manewry i sprowadzała go aż do 1-go kilometra przed progiem pasa. Kilka sekund później, czyli już niemal u progu lotniska, kontroler nagle zgubił kontakt z samolotem i usiłował odesłać go „na drugi krąg”, ale wtedy Jak już siadał na pasie. Zaś to zgubienie było spowodowane nie mgłą, ale złym umiejscowieniem lotniskowego radaru. I jak zauważył raport Millera na str. 249/328, Jak-40 był już tylko 250m od progu lotniska, a przy panującej wówczas widoczności co najmniej 1000m i przy dostrzeżonych przez pilota reflektorach APN u progu pasa – pas lądowiska miał dobrze widoczny.
Trudno jednak się zgodzić z twierdzeniem raportu Millera, że Jak podchodził „na zbyt dużej wysokości”. Najwyraźniej komisja źle przetłumaczyła polecenie kontrolera, które brzmiało: „… Bыше! ” (… Wyżej!), a nie zaś: „Za wysoko!”.
Trzy lata później pilot A. Wosztyl ujawnił w TVN24, że nowy dowódca 36SPLT – płk. M. Jemielniak, powołując się na ówczesnego Dowódcę SP – Gen. L. Majewskiego, naciskał na niego, aby „dobrowolnie poddał się karze”, szantażując go wyrzuceniem z wojska i odebraniem mu wojskowych świadczeń. Lecz A. Wosztyl odmówił, a prokuratura dopiero w marcu 2015r. postępowanie przeciw niemu umorzyła, nie stwierdzając „znamion czynu zabronionego”.

*** FAŁSZ#42: Film National Geographic p. t. >Śmierć Prezydenta<
*** FAKTY: Przekłamań na tym filmie jest aż tyle i są one tak istotne, że film przedstawia zupełnie fałszywy obraz katastrofy i fałszywe okoliczności jej wyjaśniania. Mimo opublikowania go w styczniu 2013r, a więc gdy już istniał polski raport Millera, film oparto wyłącznie na raporcie MAK. Do tego zaopatrzono go w komentarze „ekspertów” jednostronnie politycznie zaangażowanych, w tym dziennikarza Gazety Wyborczej – K. Geberta ps. D. Warszawskiego. Choć film prezentuje tezy sprzeczne z raportem Millera, to swym udziałem firmują go również członkowie komisji Millera, z drem M. Laskiem na czele. Kilka z jego błędów poruszałem już w poprzednich częściach tego opracowania – tu zbieram je kompleksowo:
- 3-cia minuta – nazwanie 70. rocznicy zbrodni katyńskiej „kontrowersyjną rocznicą”. A z pewnością nie chodziło tu o datę jej upamiętnienia, a o okoliczności i autorstwo zbrodni.
- 7-ma minuta – twierdzenie, że to był „lot cywilny”. Tymczasem w Planie Lotu, przesłanym kontrolerom lotnisk i służbom naziemnym lot oznaczono jako M (wojskowy) - zob. cz. 2 "Przygotowania".
- 8-ma minuta – stwierdzenie, że nie było widać „nawet własnej dłoni, ani osoby stojącej obok”. W tym czasie kontrolerzy podawali „widzialność 400 metrów”, a pilot JAK-a najniższą widzialność określił na 200 metrów.
- 9-ta minuta – w pierwszej, rzutującej na odbiór widza projekcji zdarzeń zupełny brak pytania o zgodę na próbne podejścia i brak wydania tej zgody przez kontrolera. Po informacji „mgła” i „warunków do przyjęcia nie ma” – kpt. Protasiuk, jakby na to głuchy, przystępuje do „siadania”. O zgodzie na podejście jest mowa dopiero parę minut później.
- 12-ta minuta – twierdzenie, że „wojsko przybywa na teren katastrofy już po kilku minutach”. W rzeczywistości upłynęło co najmniej dobrych kilkanaście minut.
- 16-ta minuta – manewr pilotów nazwano, niezgodnie z raportem Millera, “próbą lądowania”. Słowo “podejście” pojawia się w 19-tej minucie, ale bez rozróżnienia „lądowania” od „podejścia do lądowania”.
- 18-ta minuta – twierdzenie, że „samolot miał trzy rejestratory, a wszystkie w końcu odnaleziono”. W rzeczywistości miał cztery rejestratory ciągłe, w tym jeden podwójny. Jak oświadczyli sami Rosjanie – rejestratora K3-63 nie odnaleźli nigdy.
- 24 i 25-ta minuta – minoderyjne zaskoczenie obecnością w kokpicie Dyr. M. Kazany. Pomijając, że załoga musiała jakoś poinformować dysponenta o sytuacji – to raport Millera przyznaje, że nie zabraniał tego żaden przepis, a jedynie „praktyczna zasada”. W pierwszej, głównej rozmowie nawet i ta nie została naruszona (cz. 4 "Lot").
Za to film, za przykładem MAK, całkowicie pominął nielegalną aktywność na wieży płka Krasnokutskiego. Który to intruz ostatecznie odwiódł kontrolera Plusnina od starań, by Moskwa zabrała nasz samolot do Moskwy-Wnukowa (cz. 4 "Lot").
- 28-ma minuta – zapisy rejestratora MSRP i polskiego ATM „identyczne”. Niezupełnie – co najmniej w zakresie ostatniej 1.5 sekundy, której rejestrator ATM, ze względu na zasadę zapisu, nie zachował.
- 28-ma minuta – twierdzenie, że “załoga nie zareagowała na >pull up<”. I stwierdził to W. Jedynak, członek komisji Millera – zob. cz. 6 "Raporty".
- 31-sza minuta – komentarz wyraźnie sugeruje, że był tylko jeden wysokościomierz baryczny i jeden radiowy. W rzeczywistości w kokpicie było aż sześć wysokościomierzy barycznych, wskazujących wysokość nad poziomem lotniska (kpt. Protasiuk przestawił wskazania tylko jednego z nich) oraz dwa radiowe, wskazujące pionowy dystans do terenu pod samolotem.
- 33-cia minuta – „Ponieważ wysokościomierz barometryczny został przestawiony – nawigator mógł korzystać wyłącznie (?!) z radiowego”. Totalna bzdura – zob. cz. 5 "Podejście". Nawigator miał przed sobą aż dwa poprawnie wskazujące wysokościomierze barometryczne, w tym jeden specjalnie jemu przeznaczony.
- 36-ta minuta – wyraźna sugestia, jakoby tzw. „incydent gruziński” wydarzył się w powietrzu. W rzeczywistości w całości miał miejsce na lotnisku w Symferopolu i zakończył się jeszcze przed startem. Ponadto dziennikarz GW – K. Gebert (D. Warszawski) twierdzi, że „pilot już nigdy więcej nie usiadł za sterami samolotu z Prezydentem”. Tymczasem sam mjr (wtedy jeszcze kapitan) G. Pietruczuk jeszcze w kwietniu 2010, czyli półtora roku wcześniej, powiedział tejże Gazecie: „potem latałem z nim wiele razy” (cz. 1 "Podłoże").
- 38-ma minuta – twierdzenie, że „przycisk automatycznego odejścia nie mógł działać na lotnisku bez ILS”. Niezupełnie, bo raporty MAK i Millera stwierdzają, że przy określonych nastawach mógłby działać także przy braku ILS (cz. 5 "Podejście"). Pomijając, że piloci mogli odchodzić w automacie” także w opcji bez użycia tego przycisku – patrz opracowanie p. t. Analiza podejścia.
- 45-ta minuta – „MAK wespół z polskimi śledczymi”. To spory temat – zob. cz. 6 "Raporty".
Oprócz tego są jeszcze poruszające „efekty specjalne”, np. wzorcowy, schludny dispatchers-room zamiast barako-wieży, albo pędzelek i ściereczka rosyjskich śledczych, zamiast łomu i koparki.

*** FAŁSZ#43: „Trotyl na wraku tupolewa
*** FAKT: To akurat fałsz, który obciąża stronę przeciwną, choć raczej nie „naukowców Macierewicza”, ale jego samego, polityków i niezależnych dziennikarzy. Którzy zbyt gorączkowo zareagowali na informację, że detektory materiałów wybuchowych wykryły ich obecność, zwłaszcza trotylu (TNT), na elementach wraku, np. na fotelach. Inna rzecz, że Prokuratura Wojskowa najpierw dopuściła do wycieku tych informacji, a potem próbowała im zaprzeczać, ukrywać, co wywołało lawinę emocji.
Tymczasem wietrzący newsa dziennikarz Rzeczypospolitej (C. Gmyz) nie dostrzegł bądź opacznie zinterpretował informację przedstawiciela producenta – inż. J. Bokszczanina, że jego spektrometry reagują na wyjątkowo niskie koncentracje molekuł materiałów wybuchowych, zaledwie 10‾¹¹. Opacznie, bo mógł ją wziąć za dowód pewności wykrycia trotylu, zamiast za wyraz znikomości tej koncentracji, równej niemal zeru.
Dla ilustracji przełóżmy to na kąkol w zbożu (uwaga prześmiewcy – kolejna okazja!). Gdy jedno jedyne źdźbło kąkolu, które potrafi wykryć spektrometr, znajdzie się wśród 10¹¹ ździebeł zboża. Przyjmując, że na metrze kwadratowym wyrasta ok. tysiąca słomek zboża, to niewinnie wyglądające „dziesięć do potęgi jedenastej” zajmie obszar… dziesięciu tysięcy hektarów! Czyli pole o rozmiarach 10 na 10 kilometrów.
Jednego źdźbła kąkolu na takiej powierzchni nie sposób uznać za zachwaszczenie, nawet jeśli go było tam sporo więcej (wszak 10‾¹¹ było dolnym progiem wykrywalności). Jak poinformowano po późniejszych analizach laboratoryjnych – koncentracja materiałów wybuchowych miała być śladowa. Zaś do naniesienia takich śladowych ilości wystarcza choćby przypadkowy kontakt jakiegoś pasażera z nabitą bronią, ze strzelbą myśliwską, itp. A dość zauważyć, że ten samolot jakiś czas wcześniej przewoził żołnierzy na misję wojskową do Afganistanu.
Więc raczej nie spodziewajmy się rewelacji po badaniach zleconych obecnie (2017) w laboratoriach włoskich, co jednak nie wyklucza eksplozji w tupolewie w fazie podejścia. Pamiętajmy, że podczas katastrofy w jakiś sposób bez wielkiego pożaru rozeszło się około 11 ton benzyny lotniczej.
.
*** FAŁSZ#44: „Taniec na grobach”, czyli ekshumacje Ofiar katastrofy
*** FAKT: Pomijając stwierdzone dotychczas liczne przypadki zamiany zwłok, to zarządzone w 2016 roku ekshumacje wszystkich niespopielonych Ofiar katastrofy są spełnieniem bezwzględnego wymogu, jaki nakłada polski Kodeks Karny. Jego art. 209 §1 stanowi: „Jeżeli zachodzi podejrzenie przestępnego spowodowania śmierci, przeprowadza się oględziny i otwarcie zwłok”.
Oponentom trzeba wyjaśnić, że jeśli, jak twierdzą, „winni zginęli w tej katastrofie”, to przyczyny katastrofy także są przestępne. A celem ekshumacji jest nie tylko „znalezienie dowodów na cokolwiek”, ale również wykluczenie czegokolwiek.
Teraz spotyka się medialne zarzuty, że prok. M. Pasionek nie zarządził tego zaraz na początku śledztwa, w 2010 roku. Lecz prok. M. Pasionek nie prowadził tego śledztwa, a jedynie je nadzorował. W czerwcu 2011r. został przez szefa Prokuratury Wojskowej – K. Parulskiego usunięty z tej funkcji, właśnie z powodu swej dociekliwości i skrupulatności. Obwiniono go nawet o ujawnienie Amerykanom „tajemnicy śledztwa”, gdy od Stanów Zjednoczonych próbował pozyskać zdjęcia satelitarne smoleńskiego lotniska, a także inne dokumenty i informacje związane ze śledztwem. Postępowanie dyscyplinarne przeciwko niemu w końcu umorzono, ale fakt umorzenia przez rok utrzymywano w tajemnicy. Ujawniono to dopiero pod koniec 2013 roku (tygodnik Do Rzeczy, wynik wyszukiwania fraz: >”prok. Pasionek” niewinny<).
Jest przy tym możliwe, że zbiorcze wyniki badań sekcyjnych mogą dać jakiś obraz przebiegu katastrofy. Kierunek i skala obrażeń, tak zewnętrznych jak wewnętrznych, odpowiadają przecież kierunkowi i wielkości sił działających na poszczególne fragmenty samolotu. Nawet jeśli lokalizacje pasażerów wewnątrz samolotu są znane nie w pełni.
Nie można też uznać twierdzeń MAK i komisji Millera, że wszystkie ciała były hurtowo poddane przeciążeniom 100g. Choć lokalnie, np. w wyniku uderzeń o twarde przedmioty, te przeciążenia mogły być nawet dużo wyższe, to wobec rozprowadzenia fragmentów samolotu po wrakowisku na długości co najmniej 80 metrów, ogólne w nich przeciążenia mogły nie przekroczyć 10-20g, i to licząc z kilkakrotnym naddatkiem. A przy przeciążeniach tej wartości istniały nawet statystyczne szanse przeżycia.
>Alur< – sierpień 2017r.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

KONKLUZJE

ANALIZA PODEJŚCIA – cz. 2

O FILMIE PODKOMISJI MON