FAKTY 2010 - PODEJŚCIE
Ta część opracowania ściśle się wiąże i jest kontynuacją części „Lot”. Także tutaj moje własne komentarze i objaśnienia zaznaczam wyróżnioną czcionką.
Na kręgu
Podczas gdy Kierownik Lotniska – ppłk Paweł Plusnin tak
gorączkowo upominał się u Dyspozytora Okręgowego Murawjowa o wyznaczenie dla polskiego
samolotu lotniska zapasowego, samolot zniknął z jego radaru. KL Plusnin
zobaczył go ponownie o godz. 8:29:53, w odległości radialnej, którą uznał jako „20 kilometrów”.
Odległość radialna to
odległość w linii prostej od geometrycznego środka pasa, od tzw. punktu KTA (kontrolnoj toczki aerodroma). Ok. 200 metrów na
północ od tego punktu stał „radar obserwacji okrężnej” KL Plusnina. Służył
do obserwacji wszelkich samolotów, jakie przelatywały w strefie lotniska. Wespół z nim stał drugi
radar, „radar precyzyjnego podejścia”, zorientowany wzdłuż pasa w
kierunku wschodnim, a służący Kierownikowi Strefy Lądowania – mjr. W. Ryżence
do sprowadzania samolotów do lądowania.
Odległość „20 kilometrów” KL Plusnin ocenił niedokładnie, bo naprawdę wynosiła ok. 24.5 km. Nie miało to jednak żadnego znaczenia, bo tego stwierdzenia Plusnin nikomu, a zwłaszcza załodze polskiego samolotu, nie przekazywał.
Zaraz po tym, o 8:30:11, Kpt. Arkadiusz
Protasiuk zgłosił wysokość 1500 metrów względem lotniska, a Plusnin polecił mu zniżać się dalej, do
500 metrów. A po kilkunastu sekundach, o 8:30:27, nakazał skręcić w prawo: „Kurs
79º, polski 101”.
Do tzw. drugiego zakrętu samolot miał jeszcze ok. 7 km, mierząc wzdłuż kierunku lotu. Więc dyspozycja kursu 79° była za wczesna, bo prosta równoległa do pasa (ale biegnąca w przeciwnym kierunku), wypadłaby zaledwie 8 km od jego osi, zamiast standardowych 11.5.
Jednak Kpt. A. Protasiuk, zamiast podanych 79º,
obrał kurs 70º i ten dystans nadrobił, nawet ze sporą nawiązką (patrz rysunek), a KL
Plusnin przeciwko tej zmianie nie zaprotestował. Zaś prawdopodobnym powodem
pośpiechu Plusnina był dzwoniący telefon, a wciąż jeszcze liczył, że centrala w
Moskwie przekieruje samolot na inne lotnisko. Plusnin powiedział telefonistce „zaraz, kurde”, wydał
wspomnianą dyspozycję Kpt. Protasiukowi, po czym podjął słuchawkę.
Musiał dzwonić ktoś ważny, bo Plusnin tylko słuchał. Trudno więc stwierdzić, kto i co mu wtedy dokładnie powiedział. Ale po odłożeniu słuchawki tak tę rozmowę zrelacjonował
płk. Nikołajowi Krasnokutskiemu: „No tak, tak
powiedzieli, kurde, na razie sprowadzać”. Na razie, czyli na dziesięć
minut przed katastrofą.
O 8:31:17 KL Plusnin kolejny
raz dzwoni do Murawjowa i naciska go na wskazanie lotniska zapasowego. Murawjow
odpowiada: „No Witebsk, Mińsk. Na razie
uzgadniamy ze strefą”. Po czym Plusnin wywnętrza się przed
Krasnokutskim: „… Na miejscu Moskwy bym
go tutaj nie gnał, bo … ”. Ale teraz płk Krasnokutski jest już tak samo zdeterminowany
„gnać” tupolewa do Smoleńska, jak centrala moskiewska.
O 8:32:53 oddzwonił Murawjow (telefon
przyjmuje Krasnokutski) z tak długo wypraszaną przez Plusnina decyzją, by po
nieudanym podejściu polski samolot odesłać z powrotem do ASKIL „i tam mu
powiedzą albo Witebsk, albo Mińsk”.
Choć rosyjska lotnicza wierchuszka wreszcie się zdobyła na tę ważką decyzję, to trudno ją podejrzewać o przyjęcie na siebie jej ciężaru. Zarówno ASKIL, jak oba wymienione lotniska, leżą na Białorusi.
Przedtem jeszcze Plusnin dwukrotnie
dopytuje tupolewa, czy zajął już nakazane 500 metrów (ten jeszcze się zniża), a
meteorologa lotniska pyta o aktualne warunki. To, co usłyszał od meteorologa, komentuje
Krasnokutskiemu: „Słuchaj, ten meteo jest
jakiś niepoczytalny, czy co? … On teraz podaje 800 metrów … a tam w ogóle.
Spójrz, tam na pewno jakieś 200, 300 metrów jest, a tam jakieś 200 metrów
maksimum”.
O 8:33:53 dzwoni komórka
Krasnokutskiego. Krasnokutski melduje: „Towarzyszu
generale, do trawersu podchodzi, 500 metrów” (do trawersu, czyli do prostopadłego
do osi pasa boku wschodniego, a inaczej – do trzeciego zakrętu). Dalej Krasnokutski zapewnia
generała, że reflektory są włączone i że są włączone w trybie dziennym. A po
rozmowie Krasnokutski interweniuje u Plusnina, że jego zdaniem dwa reflektory
są źle ustawione.
O 8:35, przy trzecim zakręcie, KL Plusnin omówił z Kapitanem
Tu-154 sprawy związane z przewidywanym podejściem. A dwie i pół minuty później, o 8:37:29,
Kierownik Strefy Lądowania mjr Wiktor Ryżenko zezwala na czwarty zakręt. Te
fragmenty podejścia zostaną nieco dalej omówione z pozycji tupolewa.
W międzyczasie Krasnokutski jakiemuś „Olegowi Nikołajewiczowi” podaje przez komórkę informacje o pozycji tupolewa, oraz o Mińsku i Witebsku jako o zgłoszonych przez załogę lotniskach zapasowych. Potem pyta, czy już może odejść, ale jest jeszcze dopytywany o sytuację meteo, która „… zupełnie siadła i pogarsza się, i pogarsza, i pogarsza”.
W międzyczasie Krasnokutski jakiemuś „Olegowi Nikołajewiczowi” podaje przez komórkę informacje o pozycji tupolewa, oraz o Mińsku i Witebsku jako o zgłoszonych przez załogę lotniskach zapasowych. Potem pyta, czy już może odejść, ale jest jeszcze dopytywany o sytuację meteo, która „… zupełnie siadła i pogarsza się, i pogarsza, i pogarsza”.
o O o
A teraz wróćmy i lotowi po kręgu
lotniskowym przyjrzyjmy się z pokładu tupolewa.
Tuż po tym, gdy załoga otrzymała
dyspozycję wykonania drugiego zakrętu, a dokładniej o godz.
8:30:30, rozpostarty między salonikiem Prezydenta a kabiną pilotów Dyrektor
Mariusz Kazana rzucił im informację: „Na razie
nie ma decyzji prezydenta, co dalej robimy”. Podkreślam to „Na razie ...”, bo media rozpowszechniły
wersję bardziej wymowną, lecz niestety fałszywą: „Prezydent jeszcze nie podjął decyzji …”. Załoga tego nie
skomentowała, bo tę decyzję zamówiła dopiero na czas po próbnym podejściu, a więc teraz jej jeszcze nie potrzebowała.
W tym miejscu raport
Millera zawiera spory błąd. Na str. 15 raport określił, że wysokość lotu wynosiła 500 metrów, i to jeszcze przed tą informacją Dyrektora.
Jednak zaledwie 10 sekund wcześniej samolot zaczął zniżanie, i to z
wysokości ok. 1700 metrów, a nie, jak uznała komisja, „1332 metry”. Zatem w momencie wypowiedzi Dyrektora ta wysokość mogła
spaść najwyżej do 1600 metrów.
Wcześniej uważałem,
że komisja chciała podać 1500 metrów, tylko zgubiła jedynkę. Ale po bliższej
analizie nawet tę wysokość trudno uznać za właściwą.
Przez dalsze kilkadziesiąt sekund
załoga wykonuje rutynowe czynności, w tym odczytuje kolejną kartę, „kartę na
wysokości przejściowej”. Tuż po drugim zakręcie Nawigator Por. Artur Ziętek zgłosił: „I w tym momencie mamy 5 mil yy
od centralnej”. Był to wyrażony w milach dystans prostopadły do osi pasa (5
mil = 9.26 kilometra). Skutkiem zmienionego kursu ten dystans rósł, tak że na
trzecim zakręcie osiągnął ok. 14 kilometrów, czyli standardową
szerokość kręgu przekroczył o 2.5 kilometra.
To poszerzenie miało skutek wyłącznie pozytywny, bo załoga zyskiwała więcej czasu na przygotowanie się do końcowego podejścia.
Zanim jednak samolot doleciał do
trzeciego zakrętu – stopniowo się zniżał. O 8:31:49 stenogram A. Artymowicza
odnotowuje frazę, którą jako jedyny przypisuje, choć ze znakiem zapytania, Gen.
Andrzejowi Błasikowi: „Tutaj jest pięknie z tej
strony”. Co spotyka się z ripostą Nawigatora: „Tak, ale jesteśmy 5 mil – nie – z boku …”. I aby przypisanie Generałowi
tych słów otuchy, a nawet zachęty, wzmocnić – w uwadze do niej stenogram
dodaje: „Osoba trzecia patrzy przez za (?)
okno z prawej strony, bliski plan dźwiękowy,
mikrofon u technika”.
Oceniając tę sytuację tylko wg powyższego szkicu, to takie zbliżenie się „osoby trzeciej”
do mikrofonu Technika i do okien z prawej strony wydaje się możliwe. Ale wg poniższej fotografii – już nie. A
gdyby „osoba
trzecia”
nawet na siłę wcisnęła się między Nawigatora a Technika, wtedy nie
tylko nie zyskiwała widoku przez okno, a wręcz go traciła. Więc
pchałaby się przed „mikrofon u technika” by być nagraną, a nie by
wyjrzeć przez
okno.
Najlepszy widok przez
którekolwiek z okien dawało stanięcie za fotelem Nawigatora, lub za niewidocznym
na zdjęciu fotelem Kapitana. Ale w żadnym z tych wariantów nie zyskiwało się bliskiego
planu z jakimkolwiek mikrofonem CVR.
Za to do mikrofonu
Technika mógł zbliżyć się… 2-gi Pilot, jeśli zwrócił głowę w prawo, ku swoim
oknom. A wtedy mógł dać upust swej nadziei i wypowiedzieć uwagę, którą
obliczający dystans do pasa Nawigator zaraz podważył. Ten i tylko ten wariant wyjaśnia
bliskość planu mikrofonowego.
Przypominam, że
stenogram A. Artymowicza już wcześniej błędnie przypisał Generałowi wypowiedź z
godz. 8:22:33 (patrz cz. „Lot”). Wypowiedź, która bezdyskusyjnie należała do któregoś z pilotów.
Dwa pozostałe
stenogramy mówiącego „Tutaj jest pięknie
…” nie rozpoznają. Powodem tej
dezorientacji mogło być nietypowe odwrócenie się 2-go Pilota, powodujące zmianę jego planu mikrofonowego. A w drugim
mówiącym IES uznaje 2-go Pilota, a CLK – Nawigatora. I to rozpoznanie CLK
zgadza się z zaprezentowaną tu logiką.
O 8:32:03 Kpt. Protasiuk
zameldował wysokość „Tysiąc …” nad pasem
lotniska.
O 8:32:15 pada niezidentyfikowane
co do osoby: „Dlaczego pasażerowie nie
siedzą na swoich miejscach?”, co stenogram Artymowicza uzupełnia uwagą: „Osoba trzecia reaguje na obecność w kabinie
osób spoza załogi”.
Przecież nie ma żadnych podstaw do wyrokowania,
że chodziło o „osobę trzecią” i o „obecność w kabinie”. Równie dobrze mógł to mruknąć ktoś z załogi, a mogło mu chodzić o korytarzyk z tyłu kabiny.
Wypowiedź była na tyle słaba, że nie wychwycił jej żaden z pozostałych
stenogramów.
O 8:32:55 Kpt. Protasiuk zapowiada
załodze: „W przypadku nieudanego
podejścia odchodzimy w automacie”, a śp. Technik Chor. Andrzej Michalak
potwierdza: „w automacie”. 2-gi Pilot
R. Grzywna opatruje to uwagą w formie pytania: „Zaczynamy powoli dręczyć siebie?”, co Kapitan potwierdza
zdecydowanym: „Tak jest!”.
Wbrew tezie komisji
Millera „odejście w automacie” wcale nie musiało oznaczać użycia specjalnego
przycisku ‘uchod’, który na tym lotnisku miał ograniczone działanie. Kapitan
mógł odejść w automacie tak samo, jak „w automacie” podchodził, czyli z
użyciem zmieniającego pochylenie samolotu pokrętła ‘wyżej-niżej’. I jego
późniejsze działania wskazują, że właśnie tak postępował.
O 8:33:22 Kpt. Protasiuk pyta o
zapas paliwa, na co Technik odpowiada „… 12
ton”. A Nawigator podaje zagadkowe: „200
metrów (za chwilę)”, którą to liczbę potwierdzają aż trzy stenogramy. Dość wyraźnie ją słychać również w odsłuchu bezpośrednim.
Tymczasem owe „200 metrów za chwilę” nie pasuje do niczego. A
gdyby to było fonetycznie dość bliskie „120
metrów na sekundę”, to wyrażałoby prędkość lotu 432 km/h, a właśnie
taką prędkość przyrządową wtedy zapisały rejestratory.
Prędkość przyrządową – IAS (indicated air speed) mierzą mierniki pokładowe względem bezpośrednio do samolotu przylegających mas powietrza. Ale im wyżej i powietrze jest rzadsze, tym więcej otaczającego go powietrza samolot unosi ze sobą. Przy tej samej prędkości przyrządowej prędkość względem atmosfery – TAS (true air speed) (bardziej obrazowo – prędkość względem mijanych chmur) rośnie wraz z wysokością, i to znacznie. Na wysokości 10 km prędkość TAS wynosiła nawet 150% mierzonej prędkości IAS. Na tę różnicę wpływają też takie parametry atmosfery, jak temperatura, ciśnienie i wilgotność powietrza.
Natomiast na rzeczywistą prędkość podróżną względem ziemi – GS (ground speed) ma wpływ jeszcze wiatr, który może ją zwiększać lub zmniejszać.
Mimo że obecnie prędkość rzeczywistą (GS) łatwiej wyznaczyć GPS-em, to mierniki prędkości przyrządowej (IAS) są i będą niezbędne. Bo prędkość IAS decyduje zarówno o sile nośnej samolotu, jak też jej przekraczanie powoduje „łopotanie” usterzenia i skrzydeł, grożące ich oberwaniem. Dlatego w celu osiągnięcia dużej prędkości podróżnej samoloty nawet na krótkich dystansach wznoszą się wysoko, gdzie prędkość przyrządowa maleje i do łopotania nie dochodzi.
Natomiast na rzeczywistą prędkość podróżną względem ziemi – GS (ground speed) ma wpływ jeszcze wiatr, który może ją zwiększać lub zmniejszać.
Mimo że obecnie prędkość rzeczywistą (GS) łatwiej wyznaczyć GPS-em, to mierniki prędkości przyrządowej (IAS) są i będą niezbędne. Bo prędkość IAS decyduje zarówno o sile nośnej samolotu, jak też jej przekraczanie powoduje „łopotanie” usterzenia i skrzydeł, grożące ich oberwaniem. Dlatego w celu osiągnięcia dużej prędkości podróżnej samoloty nawet na krótkich dystansach wznoszą się wysoko, gdzie prędkość przyrządowa maleje i do łopotania nie dochodzi.
Wracając do samolotu, to wciąż jeszcze leci po północnym boku kręgu. O 8:33:38 KL Plusnin po raz drugi
pyta, czy samolot zniżył się do 500 metrów, na co Kapitan odpowiada, że prawie
się zbliża.
Potem załoga wykonuje rutynowe
czynności, związane z przygotowaniem podejścia. Ustawia obroty turbin i
stopniowo zmniejsza prędkość lotu z 430 do 360 km/h.
Gdy o 8:34:49 Plusnin po raz trzeci
pyta, czy już jest 500 metrów, to tym razem Kapitan to potwierdza. Plusnin pyta, czy
kiedykolwiek już lądowali na lotnisku wojskowym, na co Kapitan odpowiada: „Tak, oczywiście”. Wtedy Plusnin
informuje: „Reflektory w trybie dziennym,
z lewej, z prawej, na początek pasa”. I każe wykonać trzeci zakręt.
Zaś załoga kontynuuje czynności
przygotowawcze i wychyla klapy zaskrzydłowe na 15°.
Klapy pod skrzydłami zwiększają siłę nośną samolotu, a więc utrzymują go w powietrzu
przy zmniejszonej prędkości lotu. Ponieważ jednak zwiększają opór, a tym samym
zużycie paliwa i poziom hałasu, używa ich się tylko podczas startu i lądowania.
W Tu-154 klapy mają cztery położenia; 15°, 28°, 36° i 45°.
Tuż przed dyspozycją Plusnina by zacząć trzeci zakręt śp. Stewardessa Barbara Maciejczyk melduje Kapitanowi: „Dowódco, pokład gotowy do lądowania”.
Przez długi czas,
dopóki istniał tylko stenogram MAK, ten stosowany we wszystkich liniach lotniczych
standardowy meldunek Stewardessy robił za koronny „dowód na naciski na załogę”.
Zdaniem domorosłych interpretatorów znaczył: „pasażerowie są gotowi i nie życzą sobie
innej opcji”.
Do trzeciego zakrętu samolot
podszedł, w stosunku do standardowej karty podejścia, z naddatkiem ok. 2.5
kilometra na północ. O godz. 8:35:13 KL Plusnin wydał wspomnianą już wyżej
komendę „1-0-1 wykonuj trzeci, radialna 19”.
W Smoleńsku standardowo ta komenda jest wydawana w odległości radialnej 19 km od środka pasa (patrz rysunek na wstępie) i KL Plusnin tę odległość zachował. Ale obecne odchylenie kursu na ukos skróciłoby prostą podejścia o ok. 1.5 kilometra, a właśnie na niej Piloci obawiali się niedoczasu (2-gi Pilot: „Niech nam da długą prostą”).
Lecz Kapitan uniknął tego niedoczasu,
bo zamiast lecieć oznaczonym w karcie podejścia kursem kompasowym 169º, skierował się wprost na odległy o 10 mil od KTA punkt ‘10XUB’, który wcześniej wyliczył i
wpisał do Systemu Zarządzania Lotem – FMS, czyli do „autopilota”.
Zapewnienie sobie dostatecznie długiej ostatniej prostej przez wcześniejsze wyznaczenie na niej punktu odległego o 10 mil (18.52 km) od środka pasa było wśród pilotów 36. Pułku utartą praktyką. W zapisach FMS zachowało się około dwudziestu takich oznaczeń z lotów wcześniejszych. Tak więc wcześniejsze odstępstwa od zadanych kursów nie mogły zaburzyć samego podejścia.
Tu jednak komisja Millera popełniła swój kolejny,
ale nie ostatni, duży błąd. W raporcie napisała: „Trzeci zakręt do lądowania wykonano poprzez wprowadzenie wymaganej
wartości kursu do systemu FMS”.
Ale przecież
kontroler nie wskazał żadnego kursu, a rosyjski schemat podejścia w tym miejscu
podawał kurs 169°. Tymczasem rzeczywisty kurs lotu między trzecim a czwartym zakrętem
wahał się między 164° a 162°, bo samolot leciał nie według kursu, a ku
punktowi ‘10XUB’.
Gdy Kapitan potwierdził, że
zaczyna trzeci zakręt – Plusnin dodał: „A,
polski 101, i od stu metrów bądź gotowy do odejścia na drugi krąg”. Co
Kapitan przyjął: „Tak jest”.
Kapitan mógł tę dyspozycję
Plusnina uznać za zapowiedź, że we właściwym czasie kontroler mu wyda komendę
do odejścia. Ale we właściwym czasie żaden kontroler tej komendy
nie wydał.
O 8:35:47 stenogram Artymowicza
odnotowuje wypowiedź, którą, znowu ze znakiem zapytania, przypisuje Gen.
Błasikowi: „Faktem jest, że my musimy to
robić, do skutku”. Na co ktoś odpowiada: „Dokładnie!”. A potem jeszcze dodają pod nosem: „Co to będzie?” i „Co nam pozostało?”.
Ta wymiana zdań na
pewno nie była skierowana do załogi i nie miała z nią żadnej interakcji. Do
tego stenogramy pojawienie się w tym czasie u wejścia do kabiny osób postronnych odnotowują dopiero minutę później, o. 8:36:50 („Witamy”).
Tu najwyraźniej dwie osoby,
prawdopodobnie stojące w korytarzyku, wymieniają te uwagi wyłącznie między
sobą. A mogły dotyczyć wszystkiego; zarówno determinacji w dotarciu do Smoleńska, jak też w spełnieniu dowolnej
innej powinności. Np. ciągłego przypominania o sowieckich zbrodniach, o których
współczesny świat tak chętnie zapomina.
Lecz jeśli, jak twierdzą niektórzy, tą powinnością miałoby być pogodzenie
się z ryzykiem katastrofy, to było tam dwóch zakamuflowanych japońskich
kamikadze.
Inne stenogramy nie
identyfikują wypowiadających, a treść tych fraz odczytują diametralnie inaczej: CLK:
„I my musimy to lotnisko (wybrać)”.
IES: „Nie ma zasięgu podobno … w tej
sytuacji”. To dowodzi, jak wątpliwa jest każda z wersji, nie
wyłączając wersji A. Artymowicza. Ponieważ mówiący rozmawiali między sobą i dość cicho, do tego w oddaleniu.
Trudno nie zauważyć, że wychwycone przez inne stenogramy kwestie dotyczą prób telefonicznego wywiadu o lotniskach zapasowych. I to prób podejmowanych poza kabiną, bo załoga użyłaby w tym celu albo radiostacji, albo posiadanego telefonu satelitarnego.
Trudno nie zauważyć, że wychwycone przez inne stenogramy kwestie dotyczą prób telefonicznego wywiadu o lotniskach zapasowych. I to prób podejmowanych poza kabiną, bo załoga użyłaby w tym celu albo radiostacji, albo posiadanego telefonu satelitarnego.
Który ze stenogramów
można brać pod uwagę, wobec niekiedy zasadniczych różnic między nimi? Moja odpowiedź
– wszystkie. Łącznie z tymi, które być może jeszcze powstaną.
Bo dla każdego
stenogramu oryginalną taśmę CVR kopiowano oddzielnie. A mimo użycia do tego techniki cyfrowej, to samego odczytu
z CVR dokonywano za pomocą prymitywnego urządzenia analogowego. Częste było
zjawisko odskakiwania taśmy od głowicy, stąd każdy odczyt jest inny. I frazy,
które na jednym odtworzeniu są słyszalne, na innym odskoczyły.
Lot po trawersie, czyli wzdłuż boku
prostopadłego do osi pasa, a dokładniej – ku punktowi ‘10XUB’, przebiegał
rutynowo. Nawigator A. Ziętek cały czas kontrolował odległość od osi pasa,
którą dość dokładnie podawał w milach.
O 8:37 po raz drugi na częstotliwości
lotniska „wciął się” ktoś z załogi Jaka: „Arek,
teraz widać 200”. Tę informację Kpt. Protasiuk pokwitował: „Dzięki”, a 2-gi Pilot skomentował mocnym słowem.
Na trawersie wychylenie klap
zaskrzydłowych zwiększono do 28°. I by dodatkowo zaoszczędzić czasu na
ostatniej prostej, jeszcze przed czwartym zakrętem Kapitan polecił zmniejszyć
prędkość do 330 km/h, choć Instrukcja Użytkowania w Locie (IUL) zalecała
utrzymywać na nim 370 km/h.
O 8:37:23, gdy tylko Nawigator
zgłosił „3 mile od osi”, Kapitan
zameldował do wieży, że zaczyna czwarty zakręt. Na co Kierownik Strefy Lądowania –
W. Ryżenko (KSL), który właśnie od KL Plusnina przejął prowadzenie samolotu,
natychmiast zezwolił.
Przyspieszenie przez Kapitana czwartego zakrętu, w stosunku do standardu wyznaczonego kartą podejścia, było świadome i celowe. W ten sposób zamierzał płynniej wejść w prostą podejścia.
Więc Kpt. Protasiuk pilnował też tego, by czwarty zakręt w porę zakończyć. Ok. 8:38 stenogramy odnotowują, przypisywaną to Technikowi to Nawigatorowi, zupełnie nielogiczną wypowiedź: „Powiedzieli, że jedna mila od osi”. Tymczasem ta wypowiedź najpewniej należała do Kapitana i brzmiała: „Powiedz mi, jest jedna mila od osi?”. Po której stenogram Artymowicza wychwycił przeciągniętą odpowiedź, tym razem najpewniej należącą do Nawigatora: „Taak”. I po ok. 20-tu sekundach Kapitan czwarty zakręt zakończył.
Więc Kpt. Protasiuk pilnował też tego, by czwarty zakręt w porę zakończyć. Ok. 8:38 stenogramy odnotowują, przypisywaną to Technikowi to Nawigatorowi, zupełnie nielogiczną wypowiedź: „Powiedzieli, że jedna mila od osi”. Tymczasem ta wypowiedź najpewniej należała do Kapitana i brzmiała: „Powiedz mi, jest jedna mila od osi?”. Po której stenogram Artymowicza wychwycił przeciągniętą odpowiedź, tym razem najpewniej należącą do Nawigatora: „Taak”. I po ok. 20-tu sekundach Kapitan czwarty zakręt zakończył.
Powodem trudności z rozpoznaniem głosu Kpt. Protasiuka mogła być nietypowa zmiana jego planu dźwiękowego, gdy się odwrócił do tyłu, w kierunku Nawigatora.
Co ciekawe, to akurat MAK tę zagadkową wypowiedź prawidłowo przypisał Kapitanowi. Ale jej treść wypadła mu zupełnie inaczej: „Wkurzy się, jeśli jeszcze ...”. A to kolejny przykład, jak intencyjność „badaczy” prowadzi ich na manowce.
Ok. godz. 8:37:52 stenogram IES
jako jedyny odnotował słynną kwestię, która znowu na pewien czas stała się
„dowodem na zmuszenie pilotów do lądowania”. Otóż ktoś miał powiedzieć: „Siadajcie … siadaj”. A po 7 sekundach
dodać jeszcze: „Spokojnie”.
By
sobie uzmysłowić
absurdalność takiego „dowodu” – wystarczy spojrzeć na odległość (16
km) i na pozycję samolotu, który nawet nie ukończył skrętu na kierunek
lotniska. I
przypomnieć sobie kanapę w saloniku Prezydenta.
Zatem czwarty zakręt Kapitan zacieśnił i ok. 8:38:20 zakończył
kursem 249º. Na co Nawigator zareagował z pewnym zdziwieniem: „Pół mili
nam zostało?”. Bo nie wiedział, że Kapitan przez stopniowe i systematyczne dochodzenie pod małym kątem
do kierunku pasa (259º) chciał sobie zapewnić naturalne przecięcie jego osi, w pobliżu
planowego początku ścieżki.
To by mu pozwoliło łatwiej odnaleźć wspólny kierunek obu
radiolatarni; dalszej (DRL) i bliższej (BRL).
Były to obiekty
umieszczone na osi pasa i w oznaczonej na karcie odległości od jego początku;
BRL – 1065 metrów, a DRL – 6270 metrów. Emitowane przez nie sygnały radiowe
miały dwojakie przeznaczenie:
- Samolot miał dwa
radiokompasy (ARK), każdy należało nastawić na częstotliwość jednej z tych
radiolatarni. A przed radiolatarniami należało znaleźć taki kierunek, w
którym oba radiokompasy wskazywały 0º. Wtedy nawet nie widząc pasa miało
się pewność, że samolot leci właściwym kursem i w jego osi. I wtedy też można było ustalić dokładny kurs pasa, który karta podejścia podaje w zaokrągleniu do 1º.
- Radiolatarnie
emitowały pionowe wiązki fal radiowych, w kształcie rozszerzających się ku górze
stożków. Kiedy samolot przelatywał wewnątrz stożka, w kabinie rozbrzmiewał
dzwonek. Czas trwania sygnałów dzwonka pozwalał ocenić wysokość przelotu nad
radiolatarnią, a środek tego okresu następował w wyżej wskazanej odległości do pasa.
Tak więc po
czwartym zakręcie samolot pod kątem 10º zbliżał się skośnie do osi pasa, bo
wtedy mógł płynnie wlecieć w linię, na której wskazania obu ARK się schodziły. Ale
tym razem się nie zeszły, bo bliższa radiolatarnia BRL była uszkodzona i działała
niestabilnie, co komisja Millera również stwierdziła.
A jeszcze przedtem komisja Millera
popełniła kolejny duży błąd, będący niejako odwróceniem poprzedniego. W
raporcie napisała: „Czwarty zakręt
zapoczątkowano przechyleniem samolotu, a zakończono przechwyceniem punktu
nawigacyjnego zapisanego w FMS”.
Tymczasem czwarty
zakręt zakończył się ok. 950 metrów z prawej strony od osi pasa, w
odległości 8.5 km od dalszej radiolatarni (DRL) i 16 km od środka pasa
lotniska (XUBS). Kurs lotu względem pasa miał skos 10°. Ten skos, okresowo
nawet większy, utrzymywał się jeszcze przez 3-4 kilometry. Zaś zapisanymi w FMS
punktami nawigacyjnymi były właśnie DRL i XUBS. Gdyby samolot nadal utrzymał
ten skośny kierunek, to DRL minąłby z lewej o 550 metrów, a XUBS – prawie o 1900
metrów. Zatem, wbrew tezie komisji Millera, na pewno żadnego z tych
punktów nie „przechwycił” i ku żadnemu z nich nie leciał.
Ścisłość powyższych
wyników, choć matematycznie poprawnych, należy jednak przyjmować z pewnym dystansem. Kurs
pasa i kurs lotu określa się z dokładnością do 1°. Do tego zapis kursu, by się
zmieścił w 8-miobitowym rejestrze, był stopniowany co ok. 1.4°. W sumie i przy
niekorzystnym rozkładzie tych odchyłek rzeczywisty kąt skosu mógł zamiast 10° mieścić
się w przedziale 8.3° - 11.7°. Wtedy rzeczywiste odchylenia w bok mogłyby od wyżej wyliczonych różnić się o ±17%, ale i tak byłyby znaczne.
Choć inne obliczenia wykazują, że raczej się nie różniły.
Choć inne obliczenia wykazują, że raczej się nie różniły.
Ponadto komisja
Millera tylko w tym zakresie popełniła jeszcze dwa poważne błędy, o których
będzie mowa dalej.
I nawet MAK tezę,
że samolot w tej fazie podejścia leciał na autopilocie nastawionym na lot ku obranemu punktowi,
z ostatecznej postaci swego raportu wykreślił.
„Na kursie i ścieżce”
Tak więc kierunek lotu na ostatniej prostej Kpt. Protasiuk utrzymywał ręcznym pokrętłem ‘lewo-prawo’, a nie sprzęgał układu sterowania ABSU z systemem naprowadzania FMS, jak
twierdzi raport Millera. I czekał, aż oba namiary na DRL i BRL samoistnie zejdą
się na „0”, zamiast szukać ich wspólnej osi uciążliwym myszkowaniem to w lewo,
to w prawo. Ale położona bliżej lotniska radiolatarnia BRL działała niestabilnie.
I tak Kapitan, wciąż szukając
zanikającego sygnału BRL, po ok. 5.5 km lotu przeciął oś pasa i przeszedł na jego
lewą stronę. Nastąpiło to między podanymi przez KSL Ryżenkę odległościami od progu pasa „10 km ...” a „8 km ...”, ok. 9-9.5 km od progu pasa.
o O o
Na wieży płk. Krasnokutski, tuż
po tym gdy przez komórkę przekazał „Olegowi Nikołajewiczowi” że sytuacja się „…pogarsza, i pogarsza” – teraz na to samo
wskazuje KL Plusninowi. I proponuje przygotować tupolewa do
odejścia na „drugi krąg”. Ale zaraz dodaje: „… A tam dalej on (niech wisi ?). Sam podjął decyzję, niech sam i dalej
…”.
Akurat w tym miejscu Krasnokutski potwierdza ten sam cel próbnego podejścia, jaki wcześniej wskazałem w cz. „Lot”. Przypominam, że miało to być „wiszenie nad lotniskiem” gdyby po ocenie widoczności podczas podejścia załoga uznała, że można nad nim doczekać ustąpienia mgły.
Potem ktoś, prawdopodobnie KSL
Ryżenko, skarży się, że nie może ustawić wzmocnienia radaru i że tupolew mu
zniknął z ekranu. Ponownie zauważa go po chwili.
Wtedy Krasnokutski, prawdopodobnie
znów przez komórkę, ale tym razem „Walerijowi Iwanowiczowi”, przekazał: „… odległość 12 … widzialność 200 metrów …”.
A po wysłuchaniu Walerija Iwanowicza potwierdził: „Dobrze. Dobrze.”.
A KSL
Ryżenko o 8:39:12 informuje załogę samolotu: „Sto
pierwszy, odległość dziesięć (dziewięć ?), wejście na ścieżkę”.
Jeszcze przed wejściem na ścieżkę, ale z opóźnieniem wynikłym z poszukiwania sygnału BRL, załoga tupolewa odczytuje „kartę przed ścieżką podejścia”. Czyli redukuje prędkość lotu z 330 do 300 km/h, zwiększa wychylenie klap do 36° i wysuwa mechanizację skrzydeł. (Wyjaśnienie mechanizacji skrzydeł nie jest konieczne do zrozumienia zdarzeń). Wykonuje też inne, przewidziane w karcie czynności.
Tu jest spora niejasność, bo aż trzy stenogramy; CLK, IES i Artymowicza, twierdzą, że Ryżenko podał „dziewięć”. Zaś wg komisji Millera ta odległość wynosiła 10.1 km, a wg wyliczeń opartych na czasie i prędkości lotu przeliczonej do TAS, z uwzględnieniem siły wiatru – nawet 10.4 kilometra.
o O o
W ostatniej fazie podejścia występują różnice między odległościami do progu lotniska określonymi przeze mnie, a podanymi w raporcie Millera. Częściowo te różnice wynikają ze sposobu definiowania odległości – ja je mierzę wzdłuż zakrzywionego toru lotu, a komisja Millera prawdopodobnie wzdłuż prostej równoległej do osi pasa. Mimo to większość odległości komisji Millera jest za krótka w stosunku do dystansów, jakie zapisał system TAWS.Jeszcze przed wejściem na ścieżkę, ale z opóźnieniem wynikłym z poszukiwania sygnału BRL, załoga tupolewa odczytuje „kartę przed ścieżką podejścia”. Czyli redukuje prędkość lotu z 330 do 300 km/h, zwiększa wychylenie klap do 36° i wysuwa mechanizację skrzydeł. (Wyjaśnienie mechanizacji skrzydeł nie jest konieczne do zrozumienia zdarzeń). Wykonuje też inne, przewidziane w karcie czynności.
A w trakcie karty stenogram
Artymowicza odnotowuje o 8:38:42 „dźwięk
brzmiący jak kroki wchodzących osób”, a chwilę później uciszanie: „Ćśś,
ćśś”.
Jednak to „uciszanie” nie łączyło się „krokami”, ale należało do ciągu innych okoliczności. By je uchwycić – musimy się cofnąć do redukcji prędkości lotu z 330 do 300 km/h, którą Kpt. Protasiuk polecił 2-mu Pilotowi R. Grzywnie ok. 8:38:30, w odległości 14 km od lotniska i na wysokości 500 m nad nim.
Wtedy wzbudziło to zdziwienie 2-go Pilota, bo tabela z Instrukcji samolotu Tu-154 (IUL) przy masie ok. 78 ton i przewidywanym wychyleniu klap zaskrzydłowych na 36° wskazywała prędkość 280 km/h. I między Pilotami wywiązał się dialog: 2-gi Pilot: „Słucham?”, na co Kapitan potwierdził: „Trzysta”. A 2-gi Pilot przyjął to potwierdzenie: „I redukuję trzysta”.
Jednak to „uciszanie” nie łączyło się „krokami”, ale należało do ciągu innych okoliczności. By je uchwycić – musimy się cofnąć do redukcji prędkości lotu z 330 do 300 km/h, którą Kpt. Protasiuk polecił 2-mu Pilotowi R. Grzywnie ok. 8:38:30, w odległości 14 km od lotniska i na wysokości 500 m nad nim.
Wtedy wzbudziło to zdziwienie 2-go Pilota, bo tabela z Instrukcji samolotu Tu-154 (IUL) przy masie ok. 78 ton i przewidywanym wychyleniu klap zaskrzydłowych na 36° wskazywała prędkość 280 km/h. I między Pilotami wywiązał się dialog: 2-gi Pilot: „Słucham?”, na co Kapitan potwierdził: „Trzysta”. A 2-gi Pilot przyjął to potwierdzenie: „I redukuję trzysta”.
Intencja Kapitana jest zrozumiała – nie zmierzał do lądowania, a jedynie do przelotu nad lotniskiem, w celu samodzielnej oceny sytuacji. Wtedy wyższa niż przy lądowaniu prędkość lotu zapewniała mu większą siłę nośną i łatwe przejście do wznoszenia.
Ale 2-gi Pilot, choć wykonał polecenie Kapitana, to widać zaraz zajrzał do tabeli. I po 12 sekundach, o 8:38:49, poinformował: „Na klapach 36 mamy 2-8-0”. Na co Kapitan go uciszył: „Ćśś,
ćśś” i dodał: „Więc bardzo proszę teraz klapy”. Po czym 2-gi Pilot przestawił klapy na 36°.
Niedługo po tym, o 8:39:12, stenogram Artymowicza przypisuje Generałowi upomnienie: „Nie ruszaj!”.
Niedługo po tym, o 8:39:12, stenogram Artymowicza przypisuje Generałowi upomnienie: „Nie ruszaj!”.
Kabina tupolewa była
umeblowana tak ciasno, że dostęp do wszelkich jej urządzeń odcinały oparcia
foteli załogi. Intruz mógłby jedynie „ruszyć” np. wąską szafkę, stojącą
po lewej stronie wejścia do kabiny.
Niewątpliwy błąd w swym stenogramie A. Artymowicz
popełnia tuż potem, zresztą podobnie jak IES. Na pytanie o stan
interceptorów 2-gi Pilot miał odpowiedzieć: „Schowane i świecą”. Tymczasem interceptory mają sygnalizację
aktywną, kiedy są wysunięte. Jest więc oczywiste, że ta informacja 2-go Pilota
brzmiała: „Schowane, nie świecą”.
Interceptory – to ruchome powierzchnie sterowe,
umieszczone na górnej powierzchni skrzydła. Gdy są wychylone, to w
przeciwieństwie do lotek na dolnej powierzchni skrzydła zmniejszają siłę nośną,
a gdy są schowane – siła nośna wzrasta.
Interceptory są potrzebne przy dużych prędkościach rozwijanych na trasie, aby samolot trzymał się wyznaczonego pułapu i nie uciekał jeszcze wyżej.
I właśnie po ich schowaniu, a także wskutek zwiększenia wychylenia klap do 36°, samolot ok. 8:39:20 uciekł w górę tak, że wysokość lotu wzrosła do 550-560 metrów nad poziomem lotniska. I to mimo, że Kpt. Protasiuk
zmniejszał zadarcie samolotu, opuszczając jego dziób do poziomu pokrętłem 'wyżej-niżej'.Interceptory są potrzebne przy dużych prędkościach rozwijanych na trasie, aby samolot trzymał się wyznaczonego pułapu i nie uciekał jeszcze wyżej.
Więc Kapitan
opuścił dziób samolotu jeszcze bardziej, bo do ok. 4° poniżej poziomu i dość szybko, bo w 10 sekund, zbił
tę nadwyżkę wysokości. Ale później nie utrzymał znaczącego zniżania i przez następne kilkanaście sekund zniżył się nie więcej, niż o 50 metrów. Systematyczne zniżanie zaczęło się o 8:39:57, ok. 6.3 km przed początkiem lotniska.
Podczas zbijania tej
50-ciometrowej nadwyżki pasażerowie przez kilka sekund poczuli się o
kilkanaście procent lżejsi, przez co mogli poczuć lekki szum w uszach. Ale pozostałe zmiany prędkości zniżania następowały na tyle płynnie, że pasażerowie nie odczuli już takich
sensacji grawitacyjnych.
Czytanie karty załoga zakończyła o
8:39:28. Około tego momentu stenogram Artymowicza odnotowuje dwie wypowiedzi, „Już!” i „200 (!)”, które znowu przypisuje
Generałowi. Przy tym tę drugą uznaje za b.
słabą i opatruje znakiem zapytania. Żadnej
z tych wypowiedzi nie stwierdzają pozostałe stenogramy.
Jednak komisja Millera zarzuca załodze przekroczenie prędkości zniżania, która
na standardowym podejściu powinna wynosić 3.4 m/sek. Lecz jeśli celem manewru nie było
lądowanie, a próbne podejście, to powyżej wysokości decyzji duża prędkość zniżania nie była
niedozwolona, ani nie była niebezpieczna. Niewskazane byłyby tylko, ze
względu na komfort pasażerów, zbyt nagłe zmiany tej prędkości, znacznie większe od wyżej opisanej.
Do pospiesznego zniżania przyczynił się też KSL Ryżenko, ustawicznie „skracając” dystans do lotniska o pół kilometra. To mogło Pilotom sugerować, że mają mniej czasu, niż rzeczywiście go mieli.
Do pospiesznego zniżania przyczynił się też KSL Ryżenko, ustawicznie „skracając” dystans do lotniska o pół kilometra. To mogło Pilotom sugerować, że mają mniej czasu, niż rzeczywiście go mieli.
Liczba „200”,
obojętnie kto by ją wypowiedział, nie pasuje do żadnego parametru związanego z lotem.
Nie widać też jej powiązania z innymi okolicznościami. A uznanie autorstwa, do tego nawet bez znaku zapytania, króciutkiej głoski „Już!” – jest wprost niezwykłe.
O 8:39:29 KSL Ryżenko podaje: „Osiem (kilometrów od lotniska), na kursie, ścieżce”.
Według raportu Millera samolot był w tym czasie w
odległości 8300 metrów od lotniska, 130 metrów nad ścieżką schodzenia (528
metrów nad poziomem pasa) i 65 metrów z lewej jej strony. Natomiast z przeliczenia kursu wynika nieco mniejsza odchyłka w lewo, ok. 55 metrów, która jednak narastała. Mimo to pionowe
odchylenie od ścieżki przekraczało dopuszczalne pół stopnia, o czym Ryżenko był
zobowiązany poinformować załogę, a czego nie zrobił.
Z kolei raport MAK twierdzi, że samolot na całym
podejściu mieścił się „w strefie dopuszczalnych
odchyleń”. Ale by to wykazać, MAK naciąga pozycję samolotu oraz odwołuje
się do dwóch różnych ścieżek, to z kątem schodzenia 2°40’, to z kątem 3°10’.
Po komunikacie Ryżenki „Osiem, na kursie, ścieżce” Kpt. A. Protasiuk przyjął, że prawie się zbliżył do osi pasa. Choć już ją przeciął i oddalił się od niej o podane wyżej 55-65 metrów w lewo, ale nie miał przyrządów na tyle dokładnych, by to stwierdzić. I pokrętłem ‘lewo-prawo’ zmienił kurs lotu ze skośnego do kursu pasa na niemal równoległy. Sądził, że będzie się utrzymywał w osi pasa, a tymczasem... powoli się już od niej oddalał.
Po komunikacie Ryżenki „Osiem, na kursie, ścieżce” Kpt. A. Protasiuk przyjął, że prawie się zbliżył do osi pasa. Choć już ją przeciął i oddalił się od niej o podane wyżej 55-65 metrów w lewo, ale nie miał przyrządów na tyle dokładnych, by to stwierdzić. I pokrętłem ‘lewo-prawo’ zmienił kurs lotu ze skośnego do kursu pasa na niemal równoległy. Sądził, że będzie się utrzymywał w osi pasa, a tymczasem... powoli się już od niej oddalał.
Złożyły się na to
dwie okoliczności:
Pierwsza – to zaokrąglenie kursu do 1°. Przy podawaniu kursu nie
używa się ułamków stopnia, bo wystarczy co pewien czas zrobić
korektę, by trafić do celu. Ale skoro wbrew tezie komisji Millera samolot nie korzystał z
ustawienia kierunku na punkt nawigacyjny, do tego cel był niewidoczny, to na
korekty nic nie wskazywało.
Druga – to fluktuacja kierunku
magnetycznego. Położenie ziemskiego bieguna magnetycznego nie jest stałe, a
wynikające stąd różnice kątowe są tym większe, im bliżej tego bieguna. W Smoleńsku
zmiany kąta magnetycznego mogą osiągać kolejny 1°. I tak MAK podał, że tego dnia deklinacja magnetyczna, czyli różnica między wskazaniami kompasu a północą geograficzną, wynosiła 7°. Zaś komisja Millera – że 8°16'. Tymczasem obliczenia potwierdzone kursem ścieżki wskazują, że tego dnia smoleńska deklinacja magnetyczna była akurat w połowie między MAK-iem a komisją Millera i wynosiła 7°38'.
Warto też wyjaśnić, dlaczego
Kpt. Protasiuk nie włączył autopilota, mimo że w systemie zarządzania lotem FMS miał przygotowane dwa punkty, na które autopilot mógłby się kierować; dalszą radiolatarnię – DRL i geometryczny środek
pasa lotniska – XUBS. Ale, wbrew twierdzeniu komisji Millera,
Kpt. Protasiuk używał ich tylko
do obserwacji pomocniczej.
Komisja przeoczyła, że typowe
karty podejścia mają dwojaką dokładność współrzędnych; 0.01’ (jedną setną
minuty kątowej) lub 0.1’ (jedną dziesiątą minuty kątowej). Smoleńska karta należała
do tych mniej dokładnych, a przez to na interesującym nas kierunku
poprzecznym, czyli na kierunku N-S, położenie punktów
nawigacyjnych określała z rozrzutem do ±92.5 metra. A takie przybliżenie nie
pozwalało trafić na pas o szerokości 49 metrów.
Gdyby, jak twierdzą internetowi dyletanci, Kapitan zamierzał wylądować na tzw. „szczura”, to mógłby zboczyć z
osi pasa w lewo lub w prawo nie aż o 92 metry, ale nie więcej
niż o 12-15 metrów. Rozstaw kół podwozia wynosił 15 metrów, do tego trzeba
dodać po 5 metrów zapasu z każdej strony. Inaczej samolot mógłby wypaść z pasa,
zaryć jedną stroną w miękkim gruncie i po wykonaniu tzw. „bączka” – przekoziołkować przez dziób.
Była jeszcze jedna zmyłka,
o której dowiedziała się komisja Millera, ale nie wiedziała o niej załoga Tu-154. Otóż
współrzędne DRL i środka lotniska XUBS Kapitan lub Nawigator przepisali do FMS
z rosyjskiej karty podejścia. Ale nie wiedzieli, że były podane w już nieużywanym
systemie SK-42, zamiast w powszechnie obowiązującym WGS-84. Nie wiedzieli, bo
karta nie miała oznaczenia rodzaju systemu. Wprawdzie na istotnym tu kierunku
N-S oba te systemy różniły się mało, bo tylko o 0.01’ (0.01 minuty kątowej =
18.5 metra), ale znacznie większy błąd wynikał z dziesięciokrotnego zaokrąglenia
notacji w karcie podejścia. W rezultacie rzeczywista różnica była prawie
trzykrotnie wyższa. Ostatecznie system FMS miał błędną informację, jakoby środek
lotniska (XUBS) był ulokowany 51 metrów w prawo od jego rzeczywistego położenia.
A tu komisja
Millera popełniła swój kolejny gruby błąd. Posłużyła się jakimś sobie znanym „algorytmem”
przeliczenia SK-42 na WGS-84, skutkiem czego rzekomy środek lotniska wypadł jej
116 metrów w lewo od rzeczywistego. Ponieważ samolot istotnie podchodził
z lewej strony pasa, to na tej podstawie komisja uznała, że Kpt.
Protasiuk do prowadzenia go
po kierunku użył autopilota. Uznała tak pomimo, że samolot aż tak bardzo w lewo się nie
kierował.
Gorzej przedstawiał się kierunek E-W, czyli kierunek lotu. Tu
rozbieżność między systemami była spora i wynosiła aż 0.11’ (117 metrów). Do
tego dołożyło się zaokrąglenie notacji, po którym ostateczna różnica wzrosła do
170 metrów.
Czytelnikom głodnym precyzyjnych
danych dodam, że komisja Millera „wyliczyła” współrzędne środka pasa jako
N54°49.56’/E32°01.62’ (pomijając błędny opis kolumn tabelki, w której je zamieściła).
Ale ktokolwiek te współrzędne pobierze z
powszechnie dostępnej mapy Google Earth, ten otrzyma N54°49.47’/E32°01.46'.
Reasumując; choć nastawy FMS kierowałyby go w prawo, to samolot leciał z lewej strony pasa. A to rujnuje wnioski komisji Millera jakoby prowadził go autopilot, a nie lawirujący wśród różnych a niepewnych danych Kapitan.
Reasumując; choć nastawy FMS kierowałyby go w prawo, to samolot leciał z lewej strony pasa. A to rujnuje wnioski komisji Millera jakoby prowadził go autopilot, a nie lawirujący wśród różnych a niepewnych danych Kapitan.
O 8:39:33 Kpt. Protasiuk zameldował Ryżence: „Podwozie, klapy wypuszczone, polski 101”.
Właśnie to wypuszczenie podwozia domorośli „badacze” (ale nie
MAK, ani nie komisja Millera) uznają za dowód lądowania. Tymczasem wypuścić
podwozie na ścieżce podejścia nakazuje Instrukcja Tu-154, w p-kcie 4.6.6.4
(tłum. z j. ros.): „Po wejściu na ścieżkę, na wysokości nie mniejszej niż
400m, WYPUŚCIĆ PODWOZIE” (tak właśnie wielkimi literami uwypukla to Instrukcja).
O 8:39:37 Pomocnik Kierownika
Lotniska (nieznany z nazwiska Witalij) zgłosił załodze tupolewa „Pas wolny”, a o 8:39:40 KL Plusnin: „Lądowanie ‘dopołnitielno’, 120, 3 metry”.
Żaden z tych komunikatów nie był zgodą na lądowanie; pierwszy oznaczał, że na
pasie nic nie zalega. A drugi zawierał słowo „dopołnitielno”, którego nie można tłumaczyć
dosłownie. Oznaczało zaś warunek by pilot zameldował „pas widzę”, dopiero po
tym mógłby otrzymać zgodę na lądowanie.
Na komunikat Plusnina Kpt. A. Protasiuk
odpowiedział: „Dobrze, dziękuję”, a
Technik A. Michalak: „Ustawiam”.
Komunikat „Posadka dopołnitielno” na
rosyjskich lotniskach był stosowany w praktyce, ale oficjalne rosyjskie przepisy
lotniskowe, tzw. AIP (Aeronautical Information Publication), go nie zawierały. Czy nasi piloci go znali – nie wiem.
Może mogliby coś o tym powiedzieć ich koledzy z nieistniejącego już 36. Pułku. Jeśli Kpt. Protasiuk zrozumiał go: „Idzie dobrze – dodatkowo jest możliwe lądowanie”, to by sporo wyjaśniało. I w tym względzie brak na pokładzie Tu-154 rosyjskiego lidera byłby bardzo ważnym czynnikiem katastrofy.
Pozostała część komunikatu
Plusnina oznaczała: wiatr z kierunku magnetycznego 120°, wieje z prędkością 3 m/sek.
Podana prędkość wiatru odnosiła się do wysokości 10 m nad płytą lotniska, bo w górze była wyższa, jak też wiatr zmieniał kierunek.
Być może nawet niektórzy specjaliści lotniczy, ale nieco gorsi matematycy nie podejrzewają, że na niektórych odcinkach parametry wiatru, a przynajmniej jego składowej wzdłuż kierunku lotu, da się sprawdzić i wyznaczyć dość ściśle. Pod jednym warunkiem; że wiatr na tych odcinkach był stabilny. A o porywach raporty MAK i Millera nie wspominają.
Być może nawet niektórzy specjaliści lotniczy, ale nieco gorsi matematycy nie podejrzewają, że na niektórych odcinkach parametry wiatru, a przynajmniej jego składowej wzdłuż kierunku lotu, da się sprawdzić i wyznaczyć dość ściśle. Pod jednym warunkiem; że wiatr na tych odcinkach był stabilny. A o porywach raporty MAK i Millera nie wspominają.
Do takich weryfikowalnych odcinków przede wszystkim należą trawers (przedostatni bok, prostopadły do osi pasa) i ostatnia prosta. I tak na trawersie, na wysokości 500 m, komunikaty Nawigatora o odległości od osi pasa weryfikują prędkość wiatru podaną w Załączniku nr 6 do raportu
Millera p. t.
„Zabezpieczenie meteorologiczne” jako 7 m/sek. – na ok. 8.5 m/sek., przy zachowaniu jego kierunku 170°.
Przy tym w lotnictwie kierunek wiatru, tak jak kurs lotu, podaje się również w odniesieniu do bieguna magnetycznego. Z tą wszak różnicą, że nie „dokąd”, a „skąd”.
Natomiast na ostatniej prostej ścisłego odniesienia dostarczają zapisane punkty TAWS#34-38. Z nich zaś, przy zachowaniu kierunku 120°, wynika nie tyle korekta, co uściślenie prędkości wiatru na 2.2 m/sek. A jest to uściślenie, bo komisja Millera na podstawie ówczesnych map meteo podaje, że ta prędkość wynosiła 2-3 m/sek.
Nieco trudniej jest zweryfikować parametry wiatru 140°/6 m/sek., jakie komisja Millera podaje dla wysokości 1000 metrów, czyli około drugiego zakrętu wraz z końcową częścią odcinka 34° i początkiem odcinka 70°. Tu jedynym odniesieniem jest komunikat Nawigatora: „I w tym momencie mamy 5 mil do centralnej”. Choć wiary temu odniesieniu przydaje zaznaczenie: „w tym momencie”.
Polegając na tym komunikacie otrzymujemy, że na wysokości 1000 metrów składowa wiatru wzdłuż kursu lotu 70° była ujemna i najpewniej wynosiła ok. 2.7 m/sek. (9.5 km/h), co przekłada się na 7.3 m/sek. (26 km/h) na pełnym kierunku 140°. Co stanowi niewielką korektę, wskazującą, że komunikatowi Nawigatora można zaufać. Zaś zakwestionować nieco wcześniejsze stwierdzenie KL Plusnina „20 kilometrów”, które zresztą nie było ani proceduralne, ani dla kogokolwiek przeznaczone.
Trudniej jest ustalić parametry wiatru na odcinku lotu z kursem 51° i 34°, podczas zniżania z wysokości 3900 metrów do 1000 metrów. Tu jedyną podstawą było złożenie tych odcinków w ciągły tor lotu między punktem ASKIL, a pierwszym komunikatem Nawigatora. Podobnie jak przelot nad Białorusią, gdzie w dostępnych materiałach również brak danych o wietrze. Jednak, wobec dużej prędkości własnej lotu na Białorusią, wpływ na nią wiatru może być pomijalny.
Przy tym w lotnictwie kierunek wiatru, tak jak kurs lotu, podaje się również w odniesieniu do bieguna magnetycznego. Z tą wszak różnicą, że nie „dokąd”, a „skąd”.
Natomiast na ostatniej prostej ścisłego odniesienia dostarczają zapisane punkty TAWS#34-38. Z nich zaś, przy zachowaniu kierunku 120°, wynika nie tyle korekta, co uściślenie prędkości wiatru na 2.2 m/sek. A jest to uściślenie, bo komisja Millera na podstawie ówczesnych map meteo podaje, że ta prędkość wynosiła 2-3 m/sek.
Nieco trudniej jest zweryfikować parametry wiatru 140°/6 m/sek., jakie komisja Millera podaje dla wysokości 1000 metrów, czyli około drugiego zakrętu wraz z końcową częścią odcinka 34° i początkiem odcinka 70°. Tu jedynym odniesieniem jest komunikat Nawigatora: „I w tym momencie mamy 5 mil do centralnej”. Choć wiary temu odniesieniu przydaje zaznaczenie: „w tym momencie”.
Polegając na tym komunikacie otrzymujemy, że na wysokości 1000 metrów składowa wiatru wzdłuż kursu lotu 70° była ujemna i najpewniej wynosiła ok. 2.7 m/sek. (9.5 km/h), co przekłada się na 7.3 m/sek. (26 km/h) na pełnym kierunku 140°. Co stanowi niewielką korektę, wskazującą, że komunikatowi Nawigatora można zaufać. Zaś zakwestionować nieco wcześniejsze stwierdzenie KL Plusnina „20 kilometrów”, które zresztą nie było ani proceduralne, ani dla kogokolwiek przeznaczone.
Trudniej jest ustalić parametry wiatru na odcinku lotu z kursem 51° i 34°, podczas zniżania z wysokości 3900 metrów do 1000 metrów. Tu jedyną podstawą było złożenie tych odcinków w ciągły tor lotu między punktem ASKIL, a pierwszym komunikatem Nawigatora. Podobnie jak przelot nad Białorusią, gdzie w dostępnych materiałach również brak danych o wietrze. Jednak, wobec dużej prędkości własnej lotu na Białorusią, wpływ na nią wiatru może być pomijalny.
Znajomość prawdziwych
parametrów wiatru daje ten pożytek, że teraz można sytuację odwrócić i szczególnie ważne odcinki toru lotu precyzyjnie wyznaczyć.
Tuż potem, o 8:39:49 KSL Ryżenko komunikuje:
„Podchodzicie do dalszej (radiolatarni), na
kursie, ścieżce, sześć (kilometrów od lotniska)”. Pół sekundy później w
kabinie tupolewa zaczyna się ośmiosekundowa seria dzwonków,
oznaczających przelot nad dalszą radiolatarnią DRL. Przelot nad nią ogłasza
również Nawigator A. Ziętek. A Kpt. Protasiuk o 8:39:54 melduje do wieży: „Четыре (Cztery)”.
Według raportu Millera w czasie
komunikatu Ryżenki samolot był w odległości 6649 metrów od lotniska, 120 metrów
nad ścieżką schodzenia (444 metry nad poziomem pasa) i aż 115 metrów z lewej
jej strony. Obliczenia oparte na zarejestrowanym kursie dają podobne odchylenie w lewo, wynoszące 120 metrów.
Oczywiście tę rzekomą co do metra
dokładność komisji Millera należy włożyć między bajki. Tym niemniej
dopuszczalne półstopniowe odchylenie od ścieżki było zarówno w pionie jak w poziomie przekroczone aż dwukrotnie, a Ryżenko znowu to zignorował. Jak też zaniżył
odległość do lotniska co najmniej o 600 metrów.
Warto wyjaśnić zagadkowy komunikat „Cztery”, jaki Kpt. Protasiuk podał do wieży w chwili przelotu nad DRL. Komisja Millera uznała, że Kapitan sądził że DRL znajduje się w odległości 4-ch kilometrów od lotniska, więc podane przez Kontrolera „sześć (kilometrów)” chciał sprostować. Ta teza komisji jest niesłuszna co najmniej dlatego, że Kapitan miał wydaną przez Rosjan kartę podejścia do lotniska w Smoleńsku. A na karcie było oznaczone położenie pasa i położenie obu radiolatarni; dalszej DRL i bliższej BRL.
Warto wyjaśnić zagadkowy komunikat „Cztery”, jaki Kpt. Protasiuk podał do wieży w chwili przelotu nad DRL. Komisja Millera uznała, że Kapitan sądził że DRL znajduje się w odległości 4-ch kilometrów od lotniska, więc podane przez Kontrolera „sześć (kilometrów)” chciał sprostować. Ta teza komisji jest niesłuszna co najmniej dlatego, że Kapitan miał wydaną przez Rosjan kartę podejścia do lotniska w Smoleńsku. A na karcie było oznaczone położenie pasa i położenie obu radiolatarni; dalszej DRL i bliższej BRL.
Gdyby Ryżenko uznał,
że Kpt. Protasiuk chce go poprawić jego odległość, to pewnie by się sprzeciwił,
bo wtedy odległość od progu pasa była nawet większa niż sześć kilometrów. Ale
choć kontrolerzy chwilę się nad tym „четыре” zastanawiali, to
najprawdopodobniej przyjęli je za niewyraźne „четыреста” („czterysta”), bo
właśnie taką wysokość wskazywał wtedy radar na lotnisku. Ponieważ podawanie swej wysokości przez załogę samolotu jest zwyczajowo przyjęte
nad DRL. Nie za każdym komunikatem kontrolera, jak twierdzi wielu
oskarżycieli, ale właśnie nad DRL.
Można dodać, że
komisja Millera wystąpiła do MAK o podanie rosyjskich przepisów określających, czy i
kiedy załoga samolotu powinna kontrolerowi podawać swoją wysokość. Jednak MAK takich
przepisów nie podał.
Ok. 8:39:53 samolot przeleciał nad
centrum dalszej radiolatarni (DRL).
Przypomnijmy, że w odległości ok. 8 km od lotniska Kpt. Protasiuk ustawił samolot na kursie niemal równoległym do osi pasa. Teraz miał wyjątkową okazję sprawdzić, czy już ją osiągnął. A gdyby tak było, to w chwili mijania DRL wskazówka ustawionego na nią radiokompasu powinna „zatańczyć” i dość szybko przeskoczyć na wartość odwrotną, czyli 180°. Ale nie zatańczyła, lecz dość wolno przeszła od 0° do 90° i dalej do 180°.
To dało Kapitanowi informację, że leci nie w osi, ale już z lewej jej strony. Więc o 8:40:06 pokrętłem 'lewo-prawo' zaostrzył kurs na ok. 260°, by znów zbliżać się do osi pasa. Ale nie wiedział jak daleko jest z boku, bo skąd miałby to wiedzieć? Więc choć znów zaczął się zbliżać, to nadal zbyt wolno, by trafić na pas przed jego początkiem. W rezultacie osi pasa nigdy nie osiągnął.
W międzyczasie o 8:39:57
Nawigator zgłosił wysokość „400”, a
po chwili nieustalona osoba: „Ktoś tu
zawinił”.
Wtręt „Ktoś tu zawinił” nie miał żadnego związku z sytuacją w kabinie. Za to mógł dotyczyć toczonej poza kabiną dyskusji o braku przygotowania lotnisk zapasowych. (Akurat niedawno zakończył się proces z oskarżenia prywatnego przeciwko b. Koordynatorowi tych lotów, który w pierwszej instancji został uznany winnym zaniedbań i dopuszczenia do lotów na lotnisko nieujęte w rejestrze).
O 8:40:06, akurat gdy Kpt.
Protasiuk wprowadził samolot na kurs 260°, po raz pierwszy odezwał się alarm
systemu TAWS ‘Terrain ahead! (Ziemia
z przodu!)’. System go zapisał jako TAWS#34.
Wokół tych sygnałów narosło wiele
nieporozumień i wręcz prymitywnych fałszów, bo zarówno ten, jak dwa kolejne;
TAWS#35 i TAWS#36, były całkowicie fałszywe. Podkreślam; całkowicie. A do
nieporozumień przyczyniła się również komisja Millera, bo dwaj różni redaktorzy
jej raportu przeczyli sobie nawzajem. Jeden zarzucał załodze „zignorowanie” tych alarmów,
ale drugi w Uwadze końcowej nr 102 na str. 309 przyznał, że jako niemające zastosowania na
lotnisku, przed rozpoczęciem podejścia powinny po prostu zostać
wyłączone. A jeszcze dobitniej to stwierdził w załączniku do raportu p. t.
„Technika lotnicza i jej eksploatacja”, na str. 29.
Normalnie tego typu objaśnienia oznaczam
wyróżnionym tekstem. Tym razem nie widzę do tego powodu, bo podaję fakty
niepodważalne i niebędące owocem wyłącznie mych własnych dociekań. Bo TAWS#34
odezwał się w odległości 5250 metrów od lotniska (ok. 5320 metrów mierząc wzdłuż odchylonego toru lotu) i na wysokości 330 metrów nad
nim. Podkreślam; 330 metrów nad lotniskiem. A zezwolenie na podejście było przecież do
stu.
Natychmiast po wystąpieniu tego alarmu,
o 8:40:09, następuje dialog między pilotami. 2-gi Pilot R. Grzywna,
najwyraźniej słabo obeznany w działaniu TAWS, bo to on powinien wcześniej wyłączyć
ten zakres ostrzegania – a tego nie zrobił, sugeruje przerwanie podejścia: „Mówisz do widzeniaa!”. Ale Kpt.
Protasiuk, doskonale znający działanie systemu TAWS, co potwierdził również
raport Millera, upomina kolegę za jego wcześniejsze niedopatrzenie: „Niee, ktoś za to beknie!”.
Kapitan wiedząc że raz
uruchomionego systemu nie można zatrzymać bez przerywania podejścia, zrobił to,
co jedynie mógł zrobić. Mianowicie przestawił sprzężony z TAWS-em jeden z
trzech swoich wysokościomierzy z powrotem na wysokość uniwersalną, czyli
odniesioną do ciśnienia standardowego 760 mmHg. Znowu podkreślam; przestawił tylko jeden
z trzech wysokościomierzy, które jemu i Nawigatorowi wskazywały wysokość nad
lotniskiem. Tym sposobem odsunął kolejne alarmy o mierzone w pionie mniej więcej 168 metrów.
Mniej więcej, bo TAWS uwzględnia jeszcze inne cechy terenu, np. jego profil.
Tu pojawia się fałszywe oskarżenie, które wysunął słynny film National Geographic. Ono zaś głosi, że wtedy Kpt. Protasiuk pozbawił siebie i Nawigatora informacji o prawdziwej wysokości lotu. Nie, nie pozbawił, obaj wspólnie mieli jeszcze dwa przyrządy prawidłowo wskazujące tę wysokość.
Inne oskarżenie formułuje komisja Millera, która w raporcie wprost zarzuciła, jakoby Kpt. Protasiuk w ten sposób „oszukał” system TAWS. Znowu nie, nie oszukał, bo te alarmy były przewidziane nie do lotnisk, a do przelotów między lotniskami. A podczas przelotów obowiązuje wysokość uniwersalna, czyli odniesiona do 760 mmHg. Właśnie ta, do której Kapitan teraz wrócił. Tak więc również to oskarżenie komisji Millera jest jej kolejnym grubym błędem.
Inne oskarżenie formułuje komisja Millera, która w raporcie wprost zarzuciła, jakoby Kpt. Protasiuk w ten sposób „oszukał” system TAWS. Znowu nie, nie oszukał, bo te alarmy były przewidziane nie do lotnisk, a do przelotów między lotniskami. A podczas przelotów obowiązuje wysokość uniwersalna, czyli odniesiona do 760 mmHg. Właśnie ta, do której Kapitan teraz wrócił. Tak więc również to oskarżenie komisji Millera jest jej kolejnym grubym błędem.
Niemal w tym czasie, o 8:40:12,
stenogram Artymowicza odnotowuje przypisaną Gen. Błasikowi wypowiedź: „Po-my-sły!”, którą medialni oskarżyciele uznali
za kolejny dowód na „naciski”. Choć nie wiadomo, jakich jeszcze „pomysłów”
miałby się domagać od załogi, skoro ta się zniżała ku lotnisku, zgodnie z jego
rzekomym żądaniem?
Za to w prezydenckim
saloniku, gdzie zastanawiano się nad wyborem lotniska zapasowego, „po-my-sły” były jak najbardziej
pożądane.
O 8:40:13 KSL Ryżenko
zakomunikował: „Cztery (kilometry od
lotniska) na kursie, ścieżce”, a Kpt. Protasiuk pokwitował Ryżence: „Na
kursie, ścieżce”. W tym czasie ktoś nierozpoznany (prawdopodobnie
Nawigator) zgłosił: „Jest 7 metrów”, co prawdopodobnie oznaczało prędkość opadania – 7 m/sek.
Przypominam, że 10 sekund
wcześniej Kapitan zaostrzył kurs na 260°, czyli na nieco zbieżny ku osi
pasa. A teraz to jego wyjątkowe powtórzene komunikatu Ryżenki wskazuje, że zauważone przy DRL odchylenie od osi wciąż go niepokoiło. Lecz poza obszarem radiolatarni
własnych wskazań pozycji względem osi nie miał, więc liczył na Ryżenkę, a ten go właśnie zapewnił, że leci po ścieżce. I Kapitan, na co wskazuje jego pokwitowanie, to zapewnienie przyjął w dobrej wierze.
Niestety, w chwili komunikatu Ryżenki według
raportu Millera samolot był blisko 4600 metrów od lotniska, 60 metrów nad
ścieżką schodzenia (285 metrów nad poziomem pasa) i aż 130 metrów z lewej jej
strony. Czyli dozwolone pół stopnia odchyłki nadal przekraczał w obu
kierunkach, a w poziomie – ponad trzykrotnie! Nie mówiąc już o tym, że Ryżenko
konsekwentnie zaniżał odległość od lotniska, teraz znów prawie o 600 metrów.
Ciekawe, że podczas
podejścia Ił-a, a także polskiego Jak-a, Ryżenko jednak wydawał komendy
korygujące, np. „Lewieje! (Bardziej w
lewo!)”. Dlaczego teraz tego nie robił?
To by wskazywało, że KSL Ryżenko był w jakimś kryzysie psychomotorycznym, który właśnie się nasilił.
To by wskazywało, że KSL Ryżenko był w jakimś kryzysie psychomotorycznym, który właśnie się nasilił.
I również niestety, o 8:40:19 znów wkroczył 2-gi Pilot. Który najwidoczniej się obawiał, że jeśli dojdzie do lądowania, to przy prędkości 300 km/h samolot nie zdąży wyhamować na długości pasa. I zakomunikował jej zmniejszenie do 280 km/h. Nie słychać, by Kapitan tę zmianę zadysponował, najpewniej jej też nie aprobował. Gdyż w jej wyniku prędkość zniżania, i tak już duża, znacząco wzrosła. Co bardzo dobrze widać na rysunku poniżej, jak pokazany linią przerywaną pionowy tor lotu zmienił się na mocno nachylony, pokazany linią ciągłą.
Przy tym nachylenie wzrosło zupełnie niepotrzebnie, bo dotychczas w płaszczyźnie pionowej samolot celował 500-600 metrów przed lotniskiem, ale na standardową ścieżkę podejścia trafiłby jeszcze 2 km przed nim. A po tym przyspieszeniu zmierzał już ku miejscu położonenu ponad kilometr przed lotniskiem, a ścieżkę bardzo szybko przeciął.
Przy tym nachylenie wzrosło zupełnie niepotrzebnie, bo dotychczas w płaszczyźnie pionowej samolot celował 500-600 metrów przed lotniskiem, ale na standardową ścieżkę podejścia trafiłby jeszcze 2 km przed nim. A po tym przyspieszeniu zmierzał już ku miejscu położonenu ponad kilometr przed lotniskiem, a ścieżkę bardzo szybko przeciął.
Prawdopodobnie Kapitan się w tej zmianie nawet nie zorientował, bo komunikat 2-go Pilota „2-8-0” Nawigator natychmiast przykrył energicznym: „Trzysta!”, co tym razem oznaczało wysokość. I Kapitan mógł oba te komunikaty uznać za spór kolegów o aktualną wysokość. Tym bardziej, że ktoś nieustalony wtedy jeszcze zaoponował: „Jakie trzysta?”.
Z kolei 2-gi Pilot brak reakcji Kapitana zapewne przyjął za jego milczącą zgodę. I tak oto doszło do klasycznego a tragicznego nieporozumienia, którego żaden z Pilotów nie zawinił świadomie.
Tu proponuję zmówić modlitwę w intencji Ofiar tej tragedii, składającą się ze znaku Krzyża Św., „Ojcze nasz ...” i pełnego „Wieczny odpoczynek ...”. Mnie to zajmuje około 45 sekund. Od komunikatu 2-go Pilota, czyli od 8:40:19, do końca zapisu, czyli do 8:41:04, upłynęło właśnie tyle. A choć opis dalszych zdarzeń zajmie jeszcze sporo miejsca, to trwały już tylko tyle, co nasza modlitwa. W tym czasie najpierw spadek prędkości lotu z wolna się przełożył na wzrost prędkości zniżania. Potem Kpt. Protasiuk tę zmianę zauważył bądź odczuł, przez co łącznie z pierwszym etapem z owych 45 sekund ubyło co najmniej dziesięć. Potem jeszcze mógł sądzić, że na pokrętle 'wyżej-niżej' przesadził w stronę 'niżej', więc próbował kręcić nim w drugą stronę. Gdy nie stwierdził rezultatu, bo tym razem siła nośna była za mała, to Piloci pociągnęli za wolanty. A gdy same wolanty nie wystarczyły – to jeszcze za dźwignie zwiększające moc silników. Odtąd do przełamania bezwładności blisko 80-ciotonowej masy potrzeba było kolejnych minimum 5-ciu sekund. I choć już tuż nad ziemią zaczęli się wznosić, to na przeszkodzie stanęła im brzoza KSL Ryżenki. Ale to już osobne zagadnienie.
Tak więc do tragedii przyczyniło się po stronie pilotów nie „łamanie procedur”, o co ich oskarżają raporty MAK i Millera wraz ze „słusznymi mediami”, ale właśnie głębokie wdrukowanie określonej procedury w świadomość 2-go Pilota. Który nie miał wbite do głowy aż tak jak Kapitan, że nie schodzą na lotnisko, ale podchodzą nad lotnisko.
Dla poznania pozostałych dramatycznych zdarzeń wróćmy jednak do godz. 80:40:19, gdy Nawigator zgłosił wysokość
300 metrów nad terenem.Z kolei 2-gi Pilot brak reakcji Kapitana zapewne przyjął za jego milczącą zgodę. I tak oto doszło do klasycznego a tragicznego nieporozumienia, którego żaden z Pilotów nie zawinił świadomie.
Tu proponuję zmówić modlitwę w intencji Ofiar tej tragedii, składającą się ze znaku Krzyża Św., „Ojcze nasz ...” i pełnego „Wieczny odpoczynek ...”. Mnie to zajmuje około 45 sekund. Od komunikatu 2-go Pilota, czyli od 8:40:19, do końca zapisu, czyli do 8:41:04, upłynęło właśnie tyle. A choć opis dalszych zdarzeń zajmie jeszcze sporo miejsca, to trwały już tylko tyle, co nasza modlitwa. W tym czasie najpierw spadek prędkości lotu z wolna się przełożył na wzrost prędkości zniżania. Potem Kpt. Protasiuk tę zmianę zauważył bądź odczuł, przez co łącznie z pierwszym etapem z owych 45 sekund ubyło co najmniej dziesięć. Potem jeszcze mógł sądzić, że na pokrętle 'wyżej-niżej' przesadził w stronę 'niżej', więc próbował kręcić nim w drugą stronę. Gdy nie stwierdził rezultatu, bo tym razem siła nośna była za mała, to Piloci pociągnęli za wolanty. A gdy same wolanty nie wystarczyły – to jeszcze za dźwignie zwiększające moc silników. Odtąd do przełamania bezwładności blisko 80-ciotonowej masy potrzeba było kolejnych minimum 5-ciu sekund. I choć już tuż nad ziemią zaczęli się wznosić, to na przeszkodzie stanęła im brzoza KSL Ryżenki. Ale to już osobne zagadnienie.
Tak więc do tragedii przyczyniło się po stronie pilotów nie „łamanie procedur”, o co ich oskarżają raporty MAK i Millera wraz ze „słusznymi mediami”, ale właśnie głębokie wdrukowanie określonej procedury w świadomość 2-go Pilota. Który nie miał wbite do głowy aż tak jak Kapitan, że nie schodzą na lotnisko, ale podchodzą nad lotnisko.
Wobec silnego
pofalowania terenu przed lotniskiem Piloci chcieli kontrolować obie wysokości;
do poziomu lotniska i do terenu pod samolotem. Załoga miała aż
pięć wysokościomierzy mierzących tę pierwszą (szósty Kpt. Protasiuk przestawił,
by na pewien czas wyciszyć TAWS), a każdy Pilot miał w polu widzenia po dwa z
nich. Za to mieli tylko po jednym mierniku tej drugiej wysokości, więc
wzrokowo trudniej było ją śledzić. Zatem Nawigator wysokość nad
terenem odczytywał na głos, dzięki czemu Piloci mieli obie informacje naraz.
Ok.
8:40:21 Artymowicz zanotował dwie medialnie bardzo nagłośnione kwestie:
„Nie musimy dokładnie” i „Zmieścisz się śmiało”. Pierwszej co do
osoby nie rozpoznał, a drugą jego stenogram przypisuje Gen. A. Błasikowi. Wtedy
samolot leciał jeszcze w gęstych chmurach, na wysokości 230 metrów nad
lotniskiem. Do lotniska miał ok. 3.2 kilometra, a do drzew, między którymi „się
nie zmieścił”, a które nawet bez mgły nie mogły być widoczne – jeszcze ok. 2.2
kilometra.
Powyższy rysunek relacje odległości i wysokości odzwierciedlałby proporcjonalnie, gdyby w jego przerwę wstawić jeszcze siedem (!) takich segmentów, jak dwa na nim przedstawione.
Nawet przy dużej ku temu woli trudno te wypowiedzi kontekstowo dopasować do sytuacji za oknami. Ponadto załoga w żaden sposób nie daje do nich powodu, ani też do nich nie nawiązuje. Chyba, że „zmieścisz się śmiało” – między chmurą z lewej a chmurą z prawej i „nie musimy dokładnie” – trafić na lotnisko. (Możemy przecież wylądować na polu obok, czyż nie?)
Nawet przy dużej ku temu woli trudno te wypowiedzi kontekstowo dopasować do sytuacji za oknami. Ponadto załoga w żaden sposób nie daje do nich powodu, ani też do nich nie nawiązuje. Chyba, że „zmieścisz się śmiało” – między chmurą z lewej a chmurą z prawej i „nie musimy dokładnie” – trafić na lotnisko. (Możemy przecież wylądować na polu obok, czyż nie?)
Za to w dyskusji
toczonej poza kabiną: „Nie musimy dokładnie”
– zdążyć na początek uroczystości, „Zmieścisz
się śmiało” – na wspomnianej już kanapie w saloniku.
Tuż potem, o 8:40:23, wg Artymowicza miała paść kolejna wypowiedź Generała:
„230 metrów”, którą Nawigator zaraz
ripostuje, podobno z naciskiem: „dwieście-pięćdziesiąt!”.
Zaś stenogram IES podanie tej pierwszej wysokości, która była wysokością nad
lotniskiem, przypisuje nie Generałowi, a 2-mu Pilotowi. (Podobnie, jak nieco
dalej wysokość „100”). I jest to,
po: „Tutaj jest pięknie z tej strony”,
kolejny spór; Generał, czy 2-gi Pilot?
Mimo że przypisanie Generałowi dwóch komunikatów „230” i „100” jest sporne, to jeszcze oskarżycielom wyłamuje się z ich
logiki. Bo w tym przypadku Generał nie „naciska”, ani nie „zachęca”, ale wręcz
przeciwnie, mityguje.
O 8:40:26 KSL Ryżenko podał kolejny fałszywy komunikat: „Trzy (kilometry od lotniska) na kursie, ścieżce”.
Fałszywy, bo według raportu
Millera samolot był ok. 3500 metrów od lotniska, 35 metrów nad ścieżką
schodzenia (210 metrów nad poziomem pasa) i wciąż jeszcze 100 metrów z lewej
jej strony (samodzielnie wykombinowane przez Kpt. Protasiuka zaostrzenie kursu
na 260° wprawdzie zaczęło działać, ale zbyt wolno). Czyli dopuszczalne pół
stopnia odchyłki nadal było przekroczone w obu kierunkach. W pionie ta granica
była przekroczona już niewiele, ale w poziomie nawet czterokrotnie! I
Ryżenko znowu zaniżył o pół kilometra odległość od lotniska.
O 8:40:29 Artymowicz odnotowuje wypowiedź nieprzypisaną osobowo: „Do 20-tu (podejdziemy)”, której część w nawiasach jest ledwie rozpoznawalna i prawdopodobnie domyślna. Wszystkie pozostałe stenogramy kwalifikują ją jako niezrozumiałą.
O 8:40:29 Artymowicz odnotowuje wypowiedź nieprzypisaną osobowo: „Do 20-tu (podejdziemy)”, której część w nawiasach jest ledwie rozpoznawalna i prawdopodobnie domyślna. Wszystkie pozostałe stenogramy kwalifikują ją jako niezrozumiałą.
Samolot o tej masie i bezwładności nie może
ryzykować takiego otarcia się o pofałdowany i porośnięty teren nawet przy dobrej widoczności, a co dopiero na ślepo. A Kpt. Protasiuk te cechy terenu już poznał, wszak na fotelu 2-go pilota na tym lotnisku lądował trzy dni wcześniej. Ponadto wiedział, że wysokościomierze mają ograniczoną dokładność (radiowy do 6-ciu metrów, baryczny nawet do 25-ciu), a dodatkowo, że na dwa metry wystaje podwozie.
Kluczem do rozstrzygnięcia autorstwa tej wypowiedzi jest równoczesna z nią „Niet”, rzucona przez radio KSL Ryżence, prawdopodobnie jako zakwestionowanie podanej przez niego odległości trzech kilometrów od lotniska. Artymowicz przypisał ją Kapitanowi, ale, zwłaszcza przy tak krótkiej głosce, mógł się mylić. Bo Kapitan był zajęty prowadzeniem samolotu i trudno byłoby mu jednocześnie wyznaczać jego pozycję. Tym się zajmował Nawigator, jak też używał tej samej radiostacji.
Poza tym biegle władający językiem rosyjskim Kapitan wyraziłby ten sprzeciw bardziej zrozumiale. Natomiast Nawigator nie znał języka rosyjskiego, więc „Niet” było wszystkim, na co mógł sobie pozwolić. Do tego przycisk radiostacji nacisnął tak krótko, że smoleńscy kontrolerzy usłyszeli tylko szczęknięcie.
Kluczem do rozstrzygnięcia autorstwa tej wypowiedzi jest równoczesna z nią „Niet”, rzucona przez radio KSL Ryżence, prawdopodobnie jako zakwestionowanie podanej przez niego odległości trzech kilometrów od lotniska. Artymowicz przypisał ją Kapitanowi, ale, zwłaszcza przy tak krótkiej głosce, mógł się mylić. Bo Kapitan był zajęty prowadzeniem samolotu i trudno byłoby mu jednocześnie wyznaczać jego pozycję. Tym się zajmował Nawigator, jak też używał tej samej radiostacji.
Poza tym biegle władający językiem rosyjskim Kapitan wyraziłby ten sprzeciw bardziej zrozumiale. Natomiast Nawigator nie znał języka rosyjskiego, więc „Niet” było wszystkim, na co mógł sobie pozwolić. Do tego przycisk radiostacji nacisnął tak krótko, że smoleńscy kontrolerzy usłyszeli tylko szczęknięcie.
Jeżeli więc fraza „Do 20-tu ...” rzeczywiście była zapowiedzią planowanego pułapu, to najprawdopodobniej nie dosłyszano w niej jednej mało dźwięcznej głoski: „Do stu dwudziestu podejdziemy”. Co się zgadza z uprawnieniem, które w tych warunkach miał Kapitan.
A na wieży uaktywnił
się płk Krasnokutski: „Niech włączy
reflektory”, co KL Plusnin natychmiast przekuł na komendę, a Kpt. Protasiuk
ją potwierdził: „Włączone” lub „Włączamy”. Towarzyszył temu odgłos
przełącznika.
W związku z tym
odgłosem MAK wysunął zarzut, że choć Kapitan minutę wcześniej zgłosił włączenie
reflektorów w ramach „karty przed ścieżką podejścia”, to faktycznie zrobił to
dopiero teraz. I zaraz MAK ten zarzut rozwinął, tu warto go zacytować: „Fakt ten jeszcze raz
potwierdza, że dowódca statku powietrznego nie był w optymalnym stanie
psychicznym, a jego zdolność do odbioru informacji miała charakter
fragmentaryczny”.
Ale stenogram
Artymowicza odnotowuje dwukrotny odgłos przełącznika. Jest więc
oczywiste, że po tym wezwaniu Kapitan machinalnie reflektory wyłączył i włączył
je ponownie.
Przyblokowany wcześniej przez Kpt.
Protasiuka TAWS odezwał się ponownie o 8:40:32. System go zapisał jako
TAWS#35 Od pierwszego TAWS-u#34, czyli w ciągu 26 sekund, samolot zniżył się o 160 metrów. Czyli
do 169 metrów nad lotniskiem, ze średnią prędkością zniżania 6.2 m/sek. (te dane akurat wyjątkowo ściśle zapisał system TAWS).
„Ściśle” –
nie znaczy „dokładnie”. Oznacza jedynie że zostały zapisane akurat ta wysokość i prędkość opadania,
jaką wskazywały przyrządy kabinowe. Jednak np. miernik wysokości zbyt dokładny nie był,
błąd jego pomiaru mógł przekraczać nawet dwadzieścia metrów. Już samo zaokrąglenie
ciśnienia odniesienia do 1 mmHg dawało uchyb ±5.5 metra.
TAWS, jako system
znacznie nowocześniejszy od reszty oprzyrządowania samolotu, wartości pomiarowe
oraz lokalizację zapisywał z dużą precyzją. Niestety, tylko w pięciu punktach
ścieżki zniżania. Do tego trzech z tych zapisów w ogóle by nie było, gdyby 2-gi Pilot
w porę TAWS zablokował. Za to dobrą stroną jego
niedopatrzenia jest to, że teraz możemy być pewni, na ile tor lotu odbiegał od ścieżki.
Zaś zwykłe
rejestratory zapisywały wartości pomiarowe co pół sekundy, a w końcowej fazie
nawet osiem razy na sekundę, ale w rejestrach zaledwie jednobajtowych. Stąd
zmiany np. wysokości barycznej, czyli tej nad lotniskiem, były rejestrowane
skokowo co 62.5 metra, co pokazuje raport MAK. Dla wyznaczenia wysokości lotu, zwłaszcza w ostatniej
fazie,
ta rozróżnialność jest dużo za mała.
Dlatego tę wysokość wyznaczano metodami pośrednimi, a komisja Millera popełniła przy tym sporo błędów.
Zatem TAWS odezwał się ponownie, generując pojedynczy sygnał ‘Terrain ahead!’. Mimo że tym razem TAWS odnosił ten
alarm do prawidłowej wysokości, czyli do wysokości względem 760 mmHg, to alarm nadal
był fałszywy. Bo TAWS wciąż „nie wiedział” że
samolot podchodzi do lotniska, więc ostrzegał przed kontaktem z gołą ziemią. Tymczasem 169 metrów nad lotniskiem było wciąż sporo powyżej wysokości decyzji.
Tym razem kruczka na
powstrzymanie TAWS-u nie było. Trzeba by było przerwać podejście,
ale wówczas
Kapitan ufał jeszcze pokrętłu 'wyżej-niżej' i podejścia zmarnować nie chciał. Wtedy jedyną ceną tej jego decyzji był
dyskomfort w kabinie, ale nie przewidział, że później rzucą się na niego
dyletanci.
Lecz co ważne, TAWS w żaden sposób nie nawiązywał do mgły. Tu-154 w ogóle nie miał przyrządów reagujących na przejrzystość powietrza. Więc TAWS tak samo „wrzeszczałby” również przy idealnej pogodzie.
Lecz co ważne, TAWS w żaden sposób nie nawiązywał do mgły. Tu-154 w ogóle nie miał przyrządów reagujących na przejrzystość powietrza. Więc TAWS tak samo „wrzeszczałby” również przy idealnej pogodzie.
Jeszcze w trakcie tego sygnału
TAWS Nawigator zgłosił „200” metrów
wysokości nad terenem, a po czterech sekundach, o 8:40:37, już tylko „150”. Ta szybka zmiana wynikała z
falowania terenu pod samolotem, który wtedy, choć jeszcze nie na stałe, akurat
się podnosił. Ale wynikająca ze zbędnego posunięcia 2-go Pilota prędkość opadania (ok. 9 m/sek.) też była za duża,
tym bardziej, że samolot wkrótce przeciął ścieżkę w pionie. Jeżeli zaś Piloci pokładali jakąś nadzieję
w KSL Ryżence, to ta nadzieja okazała się płonna.
Gdy Nawigator zgłosił „150” metrów nad terenem, to wysokość nad
lotniskiem wynosiła jeszcze ok. 135 metrów. Wtedy Kapitan wciąż jeszcze
pokrętłem ‘wyżej-niżej’, ale już intensywniej zmniejszał pochylenie samolotu, aż do jego spoziomowania. Jednocześnie któryś Pilot ten manewr
wspomagał wolantem, choć jeszcze bez odłączenia
automatu. Po 15-tu sekundach, o 8:40:52, już po ogłoszeniu „Odchodzimy …” i z wyraźnym udziałem wolantu, samolot
zadarł dziób do góry. Ale podniesienie dziobu nie było równoznaczne z
natychmiastowym wznoszeniem się. Pokonanie bezwładności blisko 80-ciotonowej
masy przy nadal obniżonej prędkości lotu wymagało teraz dużo więcej czasu. A czas uciekał szybko.
Gdyby na to odejście starczyło
czasu, byłoby nieodczuwalne dla pasażerów. Natomiast odejście przyciskiem
‘uchod’ to zryw nagły, z pełną mocą silników i z dużym przeciążeniem. Trudno zakładać,
by Kapitan z góry planował aplikować pasażerom wrażenia, jak na lunaparkowym torze emocji.
Więc, wbrew tezie komisji Millera, użyć tego przycisku nie zamierzał. Próbował spokojnie
przejść do wznoszenia, ale samolot okazał się zbyt ociężały.
Dodatkowo do tej ociężałości przyczyniły się zmiany w konfiguracji i w wyposażeniu samolotu, dokonane parę dni przed lotem.
Konsekwentnie nie pomógł KSL
Ryżenko. Sekundę po komunikacie Nawigatora „150”,
o 8:40:38, gdy Piloci już podejmowali próby wyhamowania opadania, Ryżenko nawet ich uspokajał: „Dwa (kilometry od lotniska)
na kursie, ścieżce”.
Według raportu Millera samolot był
wtedy ponad 2500 metrów od lotniska, ale już 20 metrów pod ścieżką schodzenia (120 metrów nad poziomem pasa) i wciąż
jeszcze 80 metrów z lewej strony. Ale według powyższego rysunku wysokość nad lotniskiem wynosiła wtedy blisko 130 metrów, zatem jej odchylenie tym razem mieściło się w granicach dozwolonej tolerancji.
Jednak dopuszczalną półstopniową tolerancję tor lotu wciąż jeszcze czterokrotnie przekraczał w poziomie, na co Ryżenko bezwzględnie powinien zareagować. Ponadto także i tym razem zaniżył odległość do lotniska o dobre pół kilometra.
Jednak dopuszczalną półstopniową tolerancję tor lotu wciąż jeszcze czterokrotnie przekraczał w poziomie, na co Ryżenko bezwzględnie powinien zareagować. Ponadto także i tym razem zaniżył odległość do lotniska o dobre pół kilometra.
W tym czasie Piloci,
mimo zapewnienia Ryżenki „… na kursie …”, odchylili kierunek lotu
nieco w lewo, o jakieś 1/3°. Możliwe, że to odchylenie wynikło ze wspomnianego wyżej ruchu wolantem.
Pół sekundy po tym zapewnieniu
Ryżenki, o godz. 8:40:39 i na wysokości 116 metrów nad lotniskiem, wystąpił
wciąż jeszcze fałszywy alarm TAWS-u. System zapisał go jako TAWS#36, a był
jedynie nasiloną powtórką poprzedniego TAWS#35. Składał się z dwóch sygnałów
‘Terrain ahead!’ i czterech ‘Pull up! (Ciągnij w górę!)’.
Sygnały TAWS#36 zostały
przeplecione wypowiedzią „To się nie uda”,
którą odnotował tylko stenogram Artymowicza i bez przypisania co do osoby. A 9 sekund później – „Narwańcy”.
Trudno przesądzić, kto te dwie kwestie wypowiedział i czego mogły dotyczyć. A mogły paść poza kabiną, jak też w kabinie.
Jednak tym razem oskarżyciele ich nie podchwytują, bo im nie pasują do
koncepcji. Bo nie ma w nich pochwalania zniżania, a przeciwnie.
Jest dość prawdopodobne, że omawiane wypowiedzi należały do Nawigatora lub Technika, którzy w napięciu śledzili działania Pilotów.
Krótko po wypowiedzi „To się nie uda” zostały podane dwa
komunikaty o stu metrach wysokości. Pierwszy o 8:40:41, określający wysokość
nad lotniskiem, A. Artymowicz znów przypisuje Generałowi, a po niecałej
sekundzie, ten podający wysokość nad terenem – Nawigatorowi. Jednak stenogram
IES rozpoznał nie Generała, a 2-go Pilota.
Dlaczego w tym
momencie, jeszcze na stu metrach, Kapitan nie przeniósł prawej ręki z pokrętła
‘wyżej-niżej’ i oburącz nie ściągnął wolantu – tego nikt, kto nie miał jego oglądu sytuacji, nie wyjaśni. Prawdopodobnie jeszcze liczył, że za chwilę wprowadzi samolot w poziomy łuk i choćby z
przekroczeniem wyznaczonego pułapu zniżania o 20-30 metrów, wymuszonym przez sytuację która go zaskoczyła, wyprowadzi
go do góry. Bo na pewno mógł się obawiać grożącego korkociągiem „przeciągnięcia”, o które łatwo przy zbyt gwałtownym ściągnięciu wolantu, a przed którym chronił automat 'wyżej-niżej'.
„Przeciągnięcie” to sytuacja, która zdarzała się pilotom przy zbyt gwałtownym poderwaniu samolotu. Wtedy wzrastała siła nośna, powodując jeszcze większe zadarcie. Te dwa zjawiska uzupełniały się lawinowo, w rezultacie samolot stawał dęba, po czym wpadał w korkociąg i spadał na ziemię.
„Przeciągnięcie” to sytuacja, która zdarzała się pilotom przy zbyt gwałtownym poderwaniu samolotu. Wtedy wzrastała siła nośna, powodując jeszcze większe zadarcie. Te dwa zjawiska uzupełniały się lawinowo, w rezultacie samolot stawał dęba, po czym wpadał w korkociąg i spadał na ziemię.
Nie, nie usiłuję
go tłumaczyć za wszelką cenę, ale bronię zdrowego rozsądku. Nie potwierdziły się forsowane
przez oskarżycieli a mające dowodzić „nacisków” przesłanki, zaprzeczył im nawet
raport Millera. Tym trudniej uwierzyć w zanik instynktu samozachowawczego,
i to u obu pilotów naraz. Bo 2-gi Pilot miał to samo prawo i te same możliwości
przerwania podejścia, co Kapitan.
Katastrofa
Tu proponuję nie przywiązywać zasadniczej wagi kiedy padło „Odchodzimy”,
bo przynajmniej Kapitan już zdał sobie sprawę z grożącego im
niebezpieczeństwa. I faktyczne działania były teraz dla niego o wiele
ważniejsze, niż ich ogłaszanie.
Ale opis kolejnych zdarzeń zajmie jeszcze sporo miejsca. By jednak nie ulec wrażeniu, że działania załogi były równie rozwlekłe – proponuję w intencji Ofiar tej tragedii zmówić jeszcze „Zdrowaś Mario ...”. To trwa ok. 15 sekund, które upłynęły odtąd do katastrofy.
Ale opis kolejnych zdarzeń zajmie jeszcze sporo miejsca. By jednak nie ulec wrażeniu, że działania załogi były równie rozwlekłe – proponuję w intencji Ofiar tej tragedii zmówić jeszcze „Zdrowaś Mario ...”. To trwa ok. 15 sekund, które upłynęły odtąd do katastrofy.
O 8:40:46 i na wysokości 61 metrów
nad lotniskiem następuje czwarty alarm systemu TAWS, oznaczony jako TAWS#37. Alarm
składa się z dwóch sygnałów ‘Terrain ahead!’
i aż trzynastu ‘Pull up!’ (ostatni,
trzynasty, jest niedokończony). Ten i tylko ten alarm jest
prawdziwy, ostrzega m. in. o nadmiernej prędkości zniżania, która akurat wtedy wynosiła 7.65
m/sek., choć nareszcie zaczęła się trwale zmniejszać. Te sygnały rozbrzmiewają w kabinie niemal do końca, przerywa je dopiero
TAWS#38, który nie jest alarmem, a sygnalizacją rzekomego kontaktu kół podwozia
z lotniskiem. Tak, że dalsze dramatyczne zdarzenia rozgrywają się w tle sygnałów ‘Pull up!’. Co bardzo, ale
niesłusznie wpłynęło na wyobraźnię osób nieznających istoty alarmów TAWS-u.
O 8:40:48, jeszcze
w czasie drugiego ‘Terrain ahead!’ ale
przed pierwszym ‘Pull up!’, została
zarejestrowana komenda/wypowiedź, którą dwa polskie stenogramy przypisują
Kapitanowi jako „Odchodzimy …”, a trzeci,
Artymowicza, 2-mu Pilotowi jako „Dochodź
wolniej”. Raport Millera twierdzi, że było to już zaledwie 39 metrów nad
lotniskiem, powyższy rysunek też potwierdza, że jeśli
nawet przekraczała 40 metrów, to zaledwie o kilka.
Co najmniej od TAWS#37
komisja Millera wyrysowała pionową trajektorię lotu absolutnie niezgodną z
fizyką i niezgodną z zarejestrowanym przeciążeniem, którego… nie było! Według
komisji samolot miał nagle podskoczyć, by potem gwałtownie rzucić się w dół.
A ze swego własnego błędu komisja wysnuła absurdalny wniosek, jakoby w tym
momencie Kpt. Protasiuk „podjął decyzję o
zwiększeniu prędkości zniżania”. A miałoby to być akurat w tej samej sekundzie,
co także stwierdzona przez komisję jego komenda z 8:40:48: „Odchodzimy …”. Schizofrenia ???
Teraz zdarzenie goni za zdarzeniem.
Nawigator bardzo szybko i połykając końcówki, odlicza spadającą wysokość nad terenem:
„90 , 80 , 70 … 60 , 50 , 40 … 30 , 20!!!
”. To odliczanie, łącznie z dwiema zaznaczonymi miniprzerwami, trwa
zaledwie 6.3 sekundy. (W tym czasie nie zdążylibyśmy odmówić nawet
połówki „Zdrowaś Mario ...” – to a propos rzekomego „spokojnego”
odliczania wysokości przez Nawigatora). W tym też czasie wysokość do
lotniska spadała dwukrotnie
wolniej, ale już tylko z 43-45 metrów nad lotniskiem (tę wysokość
podaję nie za
komisją Millera, ale wynikającą z powyższego rysunku i zgodną z fizyką).
Przy tym blisko
poziomu lotniska lot był już niemal wypłaszczony, tak, że będąc akurat w dolinie, poniżej tego
poziomu
samolot zanurzył się na 3-4 metry.
Raport MAK podaje
znacznie większe „zanurzenie” pod poziom lotniska, wynoszące 15 metrów. W tym
nie ma aż tak dużej sprzeczności, bo lotnisko było położone na kilkumetrowym stoku, więc
różnica zależała od punktu, który przyjęto za poziom lotniska. I od tego, czy
poziomem odniesienia był beton pasa, czy zawieszony gdzieś wyżej barometr.
Ale wysokość podawana przez
Nawigatora, czyli ta nad terenem, była teraz znacznie groźniejsza.
Nie ma podstaw wątpić w prawidłowość odsłuchu wysokości, jakie podawał Nawigator. Ale jest zastanawiające, że stenogram Artymowicza niemal
wszystkie te jego komunikaty kwalifikuje jako podane z bardzo bliskiego planu
względem mikrofonów CVR, tych przeznaczonych do rejestracji rozmów. Tymczasem Nawigator był od tych mikrofonów odsunięty jeszcze dalej niż Piloci i nie miał możliwości zbliżenia się do nich.
Najwidoczniej członkowie zespołu Artymowicza za „bliskość planu” uznali
dobitność tych komunikatów.
Więc podobne błędy mogli popełniać w innych przypadkach, w tym na
przykład w uznawaniu mówiącego za „osobę trzecią”.
Jednak znów nieco wróćmy. Równocześnie z komunikatem
Nawigatora „80”, ale gdy wysokość nad
lotniskiem wg komisji Millera wynosiła ok. 28 metrów, a wg rysunku – ok. 35, 2-gi
Pilot powtarza lub wydaje komendę „Odchodzimy”.
A w uwadze do tego odczytu A. Artymowicz dodaje: „Intonacja przypomnienia lub pytania”.
Z całą pewnością nie było to ani „przypomnienie”, ani „pytanie”. W nomenklaturze lotniczej na podejściu „odchodzimy” zawsze jest komendą, która nieodwołalnie obowiązuje całą załogę. Nie istnieje dla niej tryb
pytający, ani przypuszczający, a tylko rozkazujący.
Tu przypomnę wcześniejszą propozycję 2-go Pilota z godz. 8:40:09: „Mówisz do widzeniaa!”. Takiego okrężnego
sformułowania musiał wtedy użyć 2-go Pilot, aby jego propozycja nie stała się
natychmiastową komendą.
Trzeba jednak zauważyć, że ta komenda „odchodzimy” wtedy jeszcze nie zmierzała do działań tak gwałtownych, które by groziły przeciągnięciem. Po prostu 2-gi Pilot mocniejszym ruchem wolantu wsparł już istniejące działania Kapitana. Co mogłoby wystarczyć, gdyby nie brzoza i nie niezamierzony spadek siły nośnej.
Trzeba jednak zauważyć, że ta komenda „odchodzimy” wtedy jeszcze nie zmierzała do działań tak gwałtownych, które by groziły przeciągnięciem. Po prostu 2-gi Pilot mocniejszym ruchem wolantu wsparł już istniejące działania Kapitana. Co mogłoby wystarczyć, gdyby nie brzoza i nie niezamierzony spadek siły nośnej.
Tuż po „70” słychać dzwonki obu radiowysokościomierzy, oznaczające
sygnalizację nastawionego progu wysokości nad terenem (prawdopodobnie ich
nastawy wynosiły 65 metrów). I to równo z nimi, a więc raczej nie pod wpływem tych
sygnałów, ale skutkiem ogłoszonej decyzji, prawdopodobnie 2-gi Pilot mocniej ściągnął wolant (łagodne ściąganie wolantu kilka sekund
wcześniej prawdopodobnie zaczął Kapitan). Ale choć opadanie nieco zmniejszył, to wciąż jeszcze nie odłączył
sterującego zniżaniem automatu.
Bo przeciągnięcie i stanięcie dęba było wtedy bardzo realne. MAK nawet twierdzi, że po „głównej”
brzozie było już nieuchronne, więc Piloci z pewnością się go obawiali. I
dlatego jeszcze nie zdecydowali się na gwałtowne ściągnięcie wolantów, co było właściwym wyborem „między Scyllą a Charybdą”.
Tu jednak stenogramy przeczą MAK-owi i komisji Millera twierdzącym, że piloci próbowali użyć przycisku ‘odejście’, który na tym lotnisku i w tej konfiguracji nie działał. Bo jeśli wg Artymowicza decyzję odejścia podjął dopiero 2-gi Pilot, to już sekundę później ściągnął wolant. Zatem na naciskanie przycisku i na konstatację że nie działa, nie ma tu miejsca.
Tu jednak stenogramy przeczą MAK-owi i komisji Millera twierdzącym, że piloci próbowali użyć przycisku ‘odejście’, który na tym lotnisku i w tej konfiguracji nie działał. Bo jeśli wg Artymowicza decyzję odejścia podjął dopiero 2-gi Pilot, to już sekundę później ściągnął wolant. Zatem na naciskanie przycisku i na konstatację że nie działa, nie ma tu miejsca.
Trochę więcej czasu na spostrzeżenie że przycisk nie działa, bo 2 sekundy, miałby Kapitan, gdyby wypowiedź z 8:40:48 była należącą jednak do niego komendą odejścia. Ale zważywszy
czas reakcji, to też raczej za mało.
Choć w tym drugim przypadku pierwszy ruch wolantu można uznać za wsparcie 2-go Pilota, a drugi, głębszy, mógłby należeć do Kapitana.
Choć w tym drugim przypadku pierwszy ruch wolantu można uznać za wsparcie 2-go Pilota, a drugi, głębszy, mógłby należeć do Kapitana.
Niemal równo z „60” A. Artymowicz odnotowuje
wypowiedziane przez nieustaloną osobę: „Dobrze
(chłopaki ?)” Drugą część tej
frazy stenogram oznaczył jako ledwie słyszalną, a rozpoznanie jej treści jako
niepewne. Pozostałe dwa polskie stenogramy stwierdzają istnienie jakiejś
wypowiedzi, ale nie rozpoznają jej treści.
Wersja Artymowicza jest wyjątkowa. Przy tym znów nie widać żadnych
podstaw do przypisania jej, jak ją przypisał A. Artymowicz, „osobie trzeciej”. Bo
w jego stenogramie jest wiele wypowiedzi nawet należących do załogi, których autorstwa Artymowicz
nie rozpoznał lub rozpoznał je błędnie.
Tu znowu Technik (bo Nawigator podawał wysokość) tak mógł zaaprobować fakt, że Piloci ujęli wolanty.
Tu znowu Technik (bo Nawigator podawał wysokość) tak mógł zaaprobować fakt, że Piloci ujęli wolanty.
Prawie równo z „50”, o 8:40:52, nareszcie wkroczył KSL
Ryżenko: „Horyzont 101”. Mimo że sytuacja była już krytyczna – wypowiedział to dość flegmatycznie.
Było to w odległości 1460 metrów od progu lotniska i na wysokości nad nim ok. 13 metrów wg komisji Millera, a wg trajektorii fizycznie realnej – odpowiednio 1430 i 19 metrów. A trzy sekundy po Ryżence powtórzył KL Plusnin, ale energiczniej: „Kontrola wysokości, horyzont!”.
Było to w odległości 1460 metrów od progu lotniska i na wysokości nad nim ok. 13 metrów wg komisji Millera, a wg trajektorii fizycznie realnej – odpowiednio 1430 i 19 metrów. A trzy sekundy po Ryżence powtórzył KL Plusnin, ale energiczniej: „Kontrola wysokości, horyzont!”.
Ta pierwsza
podczas całego podejścia interwencja Ryżenki, a
po niej Plusnina, wzywały do działań radykalnych, które Piloci
natychmiast podjęli. Bo teraz ryzyko zahaczenia o ziemię lub o
przeszkodę było już groźniejsze od ryzyka przeciągnięcia. Choć MAK twierdzi, że i tak doszłoby do przeciągnięcia, gdyby nie odwrócenie samolotu na plecy.
Zatem wcześniej ze strony kontrolerów zabrakło komendy nakazującej odejście na drugi krąg jeszcze w czasie i w trybie, który był bezpieczny.
Zatem wcześniej ze strony kontrolerów zabrakło komendy nakazującej odejście na drugi krąg jeszcze w czasie i w trybie, który był bezpieczny.
Nieco ponad sekundę po komendzie Ryżenki, co
jest czasem bardzo szybkiej reakcji, któryś z Pilotów mocno ściąga wolant
na siebie, co jednocześnie powoduje całkowite odłączenie sterującego zniżaniem automatu. Ale była to
wysokość już tylko 35 metrów nad terenem, a znacznie mniej nad lotniskiem – ok.
10 metrów, biorąc pod uwagę trajektorię realną. Krótko przedtem Nawigator podał
„40”.
Wbrew medialnym oskarżeniom piloci zareagowali nie dopiero na
drzewa, ale na komendę Ryżenki. Wykonanie własnej komendy „odchodzimy” lub wezwania kontrolera do odejścia, a tym bardziej komend alarmowych, piloci mają wpojone wręcz jako odruch bezwarunkowy.
Tu widać jak wiele mogłoby znaczyć, gdyby KSL Ryżenko wkroczył we właściwym czasie.
Tu widać jak wiele mogłoby znaczyć, gdyby KSL Ryżenko wkroczył we właściwym czasie.
Odtąd piloci wszelkimi siłami
ciągną samolot do góry. Ich starania trwają do samego końca, a składają się na
nie również późniejsze próby skompensowania narastającego przechyłu. Według MAK
i komisji Millera – próby nieudane.
Sekundę po szarpnięciu wolantu, o 8:40:54,
pojawia się pierwszy zarejestrowany odgłos mechaniczny. Ale nie był
to jeszcze skutek potrącenia jakiegokolwiek drzewa.
Stenogram Artymowicza odgłosy
mechaniczne dzieli na grupy, a ten pierwszy definiuje jako „odgłos przypominający lekkie uderzenie o
kadłub”. Wg komisji Millera miał miejsce 17-18 metrów nad terenem, a według
trajektorii realnej – 23-25. Także Nawigator podaje „20!!!” akurat w tym momencie, a ten alarmujący komunikat Nawigator wyraźnie
wyprzedził. Ten odgłos z pewnością nie był skutkiem kolizji z żadnym
drzewem, zresztą komisje MAK i Millera za pierwsze potrącone drzewo uznają
brzozę (ale nie tę główną), która rosła 140 metrów dalej.
Ale mógł to być odgłos zderzenia ze spłoszonym ptakiem.
Półtorej sekundy później samolot końcówką
prawego skrzydła zahaczył ok. metrowy wierzchołek pierwszej przyciętej brzozy,
rosnącej przed bliższą radiolatarnią BRL. Ta kolizja nie skutkowała
żadnym odgłosem, który zostałby zarejestrowany i usłyszany w kabinie.
Jeszcze podczas okrzyku Nawigatora „20!!!” zaczęła się dwuipółsekundowa sygnalizacja, oznaczająca
przelot nad BRL. Jednak te 2.5 sekundy nie wyznaczały wysokości lotu,
bo na niskiej wysokości samolot przecinał nie tylko główny stożek propagacji radiolatarni,
ale również listki boczne propagacji. Ponadto samolot leciał ok. 65 metrów z lewej
strony BRL.
Tuż za BRL, jakieś 10 metrów nad
ziemią, A. Artymowicz zaznacza „serię
trzech lekkich uderzeń o konstrukcję samolotu”. W tym miejscu na trasie
lotu brak jeszcze dostatecznie wysokich drzew, zatem zostają również spłoszone
ptaki.
Kolejny odgłos, tym razem „przypominający silne uderzenie”, wg
Artymowicza pojawia się 80 metrów dalej, w odległości ok. 930 metrów
od początku lotniska. W tym miejscu samolot sięgałby dziobem do „pierwszej kępy
młodych brzózek”, jak ją w tabeli przeszkód definiuje raport Millera.
Tuż przedtem samolot zaczął się już wznosić. Ale tak samo wznosił się teren, więc lot był do niego równoległy.
Tuż przedtem samolot zaczął się już wznosić. Ale tak samo wznosił się teren, więc lot był do niego równoległy.
W jednym ciągu z tym odgłosem
następuje trwający niecałą sekundę „odgłos
przypominający niszczenie konstrukcji”. W tym miejscu znajdowały się dwie
kępy; „druga kępa młodych brzózek” oraz „brzózki i młode topole”. Ich
rozpiętość wzdłuż toru lotu jest krótsza od czasu trwania tego odgłosu, zatem
samolot wchodziłby z nimi w kolizje najpierw dziobem, a potem lewym skrzydłem. Jednak nie były to jeszcze kolizje osłabiające sterowność i zdolność do lotu.
O 8:40:59, w odległości 855 metrów
od lotniska, gdy samolot się już wznosił szybciej niz teren (!), zaczyna się trwający
ponad sekundę „odgłos przypominający
niszczenie konstrukcji w kolizji dużej prędkości”. I ten odgłos A.
Artymowicz utożsamia ze zderzeniem ze słynną brzozą, na której samolot miał
utracić sześciometrową końcówkę lewego skrzydła. Co równie ważne, samolot
wtedy leciałby ponad 60 metrów z lewej strony osi pasa. To ewidentnie dowodzi
jego nieprawidłowego naprowadzenia, bo boczne odchylenie od ścieżki w tym
miejscu wynosi aż 3°20’, zamiast dopuszczalnych 30’.
W opisie tego zdarzenia użyłem trybu warunkowego nie z powodu jego
negacji, ale z powodu wciąż jeszcze wymagających zbadania okoliczności.
Pierwszą okolicznością jest ścisłe umiejscowienie brzozy, bo skrzydło trafia na nią mniej więcej w miejscu swego przełomu tylko wg jej współrzędnych podanych w raporcie Millera. Natomiast
wg współrzędnych brzozy podanych przez MAK – skrzydło ominęłoby brzozę o parę
metrów z prawej.
Okoliczność druga – przy brzozie samolot przelatywał nie na
wysokości 6.2 metra nad poziomem gruntu, jak twierdzą komisje MAK i Millera,
ale ok. dwa metry wyżej, mierząc tę wysokość do spodu kadłuba w miejscu anteny jej nadajnika. Co zresztą wynika nie tylko z
powoływanej na powyższym rysunku trajektorii realnej, ale wynika również z geometrii ewentualnego kontaktu z pniem brzozy.
Jednak te dwie okoliczności nie wykluczają, że skrzydło z
brzozą rzeczywiście się zderzyło. Za to są poważne przesłanki wskazujące, że
skrzydło nie oderwało się tuż przy niej, jak znowu zgodnie twierdzą komisje
MAK i Millera. Odpadło ok. 25 metrów dalej, czego dowodzę na tej stronie w opracowaniu „Analiza podejścia”.
Ten dystans 25 metrów dotyczy skrzydła w punkcie jego przełomu, bo
dystans odniesiony do umownego punktu przyjmowanego za samolot wynosi 35
metrów. Mówiąc inaczej; gdy samolot był 35 metrów za brzozą, skrzydło było od
niej odległe o 25 metrów.
Mimo że skrzydło odpadło później, to brzoza mogła jego destrukcję zapoczątkować.
I jeszcze jedno – wbrew licznym sceptykom samolot miał jednak możliwość
wykonania półobrotu wokół swej osi podłużnej.
Potem do końca rejestracji w
Tu-154 zostały już tylko cztery sekundy, w czasie których dwa kolejne odgłosy: „bardzo głośne niszczenie konstrukcji samolotu” oraz kończące zapis
„krótkie ucięte z końcem nagrania bardzo
silne uderzenie” mieszają się z okrzykami przerażenia. A na wieży
kontrolerów zapanował ogromny chaos, w którym KL Plusnin, wchodząc w obowiązki niemrawego
KSL Ryżenki, próbuje jeszcze wydać jakże spóźnione: „Odejście na drugi krąg!”.
I było to jedyne wezwanie do
odejścia, które nagrało się w kabinie tupolewa. Następne trzy, a po nich
jeszcze sześć prób wywołania polskiego samolotu (wszystkie te wezwania wydał
Plusnin, zastępując bezczynnego Ryżenkę) – już nie.
Przebiegu niszczenia samolotu na
podstawie publicznie dostępnych zapisów nie da się wiarygodnie odtworzyć.
Dane podane przy raporcie MAK do tego celu są zbyt zgrubne, a dane komisji
Millera zawierają istotny błąd. Mianowicie tuż po słynnej brzozie, a ściślej – tuż
po odpadnięciu fragmentu lewego skrzydła, dwa zarejestrowane parametry do siebie
nie przystają i są sprzeczne. A są to; zapis przechylenia samolotu oraz zapis
prędkości zmiany tego przechylenia. Prawdopodobnie komisja Millera błędnie
przeniosła ich kody źródłowe na wykonany przez siebie wykres.
Ze zdarzeń technicznych można
jeszcze odnotować słynny TAWS#38, który nie był alarmem, ale sygnalizacją
rzekomego wylądowania. Rzekomego, bo podwozie nie dotknęło podłoża, ale skutkiem
mechanicznych perturbacji ta sygnalizacja powstała w powietrzu. Dlatego do
zapisów TAWS w tym punkcie należy podchodzić z dystansem, ponieważ działanie urządzeń
pomiarowych było zakłócane przez zjawiska nagłe.
Np. niewiarygodny jest zapis TAWS wysokości
nad lotniskiem, która miała wynieść aż 36 metrów. Tym bardziej, że wyznaczona wg
GPS wysokość nad średnim poziomem morza (‘msl’ – mide sea level) jest zafałszowana w drugą
stronę i wypada… pod ziemią! Więc żaden z tych pomiarów nie zasługuje na wiarę.
Tak więc zapisy innych parametrów
w punkcie TAWS#38 można brać pod uwagę tylko wtedy, gdy nie kolidują z większością
pozostałych faktów.
Do dziś istnieje ogromny spór o
eksplozje. A potwierdzają je zarejestrowane wstrząsy, jakim samolot ulegał, gdy
był jeszcze zwartą masą. A skoro im ulegał w zwartej masie, to powodem nie
mogły być „zasysane do turbin gałęzie”.
Ale powodem nie musiały też być
ładunki wybuchowe, zwłaszcza celowo podłożone. Skoro na wrakowisku wystąpiło
tylko kilka stosunkowo niewielkich ognisk pożaru, to 12 ton benzyny lotniczej
zdematerializowało się jakoś inaczej. A gdyby, jak usiłują niektórzy tłumaczyć,
spadło na okolicę w postaci szybko wysychającego deszczu, to normalnymi
przewodami paliwowymi w tak krótkim czasie spłynąć nie mogło. Więc coś musiałoby
rozerwać zbiorniki, a tu wracamy do początku rozwiązywania tej zagadki.
Nie zgadzam się też, że wbić drzwi w grunt
mogłaby, oprócz eksplozji, tylko składowa pionowa prędkości
samolotu. Kierunek wektora siły zmieniają najprostsze „maszyny proste”, a tych
w toku destrukcji samolotu nie brakowało.
Choć nie wypowiadam się siłach, które te drzwi wyrwały z framugi.
Po tym dość obszernym
przedstawieniu zdarzeń w częściach „Lot” i „Podejście” – pora na ich podsumowanie.Choć nie wypowiadam się siłach, które te drzwi wyrwały z framugi.
o O o
Lot nie był
przygotowany operacyjnie. Szczególnie rażącymi przykładami tego stanu były; niezamówienie
rosyjskiego lidera, brak samolotu rezerwowego, wytypowanie nieczynnego tego dnia lotniska zastępczego.
Cztery dni przed lotem
oraz w jego przeddzień w samolocie dokonano zmian, skutkujących wzrostem
masy
samolotu i przesunięciem środka ciężkości
ku przodowi. To dodatkowo wpłynęło na jego ociężałość przy wznoszeniu i mogło zaskoczyć
pilotów w czasie nieudanej próby odejścia.
Sytuacja pogodowa w Smoleńsku była zaskakująca i trudno
prognozowalna. Wbrew wyrażonej post factum tezie komisji Millera nie sposób było z góry wskazać, jaka
prognoza była trafniejsza.
Załoga była
doświadczona, a jej wzajemne relacje były sprawdzone. Szczególnie wysoki poziom
umiejętności miał Kapitan; doskonale znał specyfikę również
najnowszych urządzeń pokładowych, biegle posługiwał się językiem rosyjskim.
Jeśli odnawianiu terminów ważności uprawnień pilotów 36. Pułku towarzyszyły
braki formalne, to w tym locie i w przypadku tej załogi
nie uwidoczniło się obniżenie jej umiejętności. Przy tym ocena szybkości wyboru między ryzykiem przeciągnięcia a ryzykiem zahaczenia o przeszkody
nie może być jednoznaczna. Piloci mieli przecież prawo zakładać, że przy osi podejścia nie mogą występować przeszkody tak wysokie, jakie napotkali.
Decyzja wykonania
próbnego podejścia, nawet przy panującej mgle, była prawidłowa i zgodna z
obowiązującymi przepisami. Na podejście zezwolił też Kierownik Lotniska
Smoleńsk-Północny.
Obecność w kabinie
Dyrektora Protokółu Dyplomatycznego i jego rozmowa z Kapitanem zaistniała z
inicjatywy załogi. Wynikała z kompetencji Dyrektora i nie naruszała żadnego
przepisu, ani nawet powołanej przez komisję Millera „praktycznej zasady”. (Co
nie oznacza, że zastąpienie owej „praktycznej zasady” jasno sprecyzowanym przepisem nie jest
właściwe. Jak też właściwe jest jasne wyznaczenie i egzekwowanie tzw.
„sterylności kokpitu”, zwłaszcza wobec nasilonego ryzyka aktów
terrorystycznych).
Nie ma nawet śladów,
by jakąkolwiek presję na załogę wywierały osoby postronne. Jedyna presja
mogła wynikać z wewnętrznego dążenia do celu, jakie zawsze
lokuje się w świadomości wykonującego zadanie.
Scenariusz
powiadamiania Prezydenta oraz jego rozmowy telefonicznej akurat daje się odtworzyć
wyjątkowo ściśle. I ponad wszelką wątpliwość wyklucza ich wpływ na zdarzenia.
Wszystkie kontrole lotów na trasie tupolewa popełniły błędy:
Centrum Kontroli Lotów w Mińsku nie przekazało do tupolewa udostępnionej mu
godzinnej prognozy pogody dla Smoleńska. CKL w Moskwie bezpośrednio nie
informowało o mgle i nie skierowało samolotu na inne lotnisko. Kierownik Lotniska
w Smoleńsku nie zamknął lotniska. Kierownik Strefy Lądowania w Smoleńsku cały
czas utrzymywał niewłaściwe położenie samolotu na ścieżce, a we właściwym
czasie nie przerwał podejścia. Zachowywał się, jakby mimo poddania go tego dnia badaniom dopuszczającym do służby, był „niedysponowany”.
Powodem dwukrotnego zwiększenia prędkości zniżania w końcowej fazie podejścia, zresztą zupełnie niepotrzebnego dla osiągnięcia ścieżki w pionie, mogło być niezrozumienie się Pilotów. Kapitan postanowił podchodzić z prędkością poziomą o 20 km/h wyższą, niż określała Instrukcja IUL. Natomiast 2-gi Pilot wprowadził tę zalecaną niższą, gdy Kapitan nachylenie toru już dostosował do wyższej. W rezultacie samolot szybko przeciął ścieżkę w pionie i znalazł się pod nią.
Jednak to działanie 2-go Pilota wynikało nie ze „złamania procedury”, a przeciwnie, ze sztywnego się jej trzymania, wbrew stosownemu do okoliczności pochyleniu samolotu, jakie obrał Kapitan.
Powodem dwukrotnego zwiększenia prędkości zniżania w końcowej fazie podejścia, zresztą zupełnie niepotrzebnego dla osiągnięcia ścieżki w pionie, mogło być niezrozumienie się Pilotów. Kapitan postanowił podchodzić z prędkością poziomą o 20 km/h wyższą, niż określała Instrukcja IUL. Natomiast 2-gi Pilot wprowadził tę zalecaną niższą, gdy Kapitan nachylenie toru już dostosował do wyższej. W rezultacie samolot szybko przeciął ścieżkę w pionie i znalazł się pod nią.
Jednak to działanie 2-go Pilota wynikało nie ze „złamania procedury”, a przeciwnie, ze sztywnego się jej trzymania, wbrew stosownemu do okoliczności pochyleniu samolotu, jakie obrał Kapitan.
Tzw. „ostrzeżenia
TAWS” załoga tupolewa prawidłowo interpretowała jako fałszywe, bo niemające
zastosowania podczas podejścia do lotniska. Na jedyny prawidłowy alarm tego
systemu, sygnalizujący przekroczenie pionowej prędkości zniżania, piloci
zareagowali jeszcze przed pierwszym ‘pull up’. Może być sporne, czy ich reakcja była wystarczająca.
Trudno też rozstrzygnąć, czy Kapitan tupolewa zbyt
długo polegał na mechanizmie mającym łagodnie przejść do wznoszenia.
Jakkolwiek to działanie nasilił jeszcze na wysokości 135 metrów nad
lotniskiem i można je uznać za wszczęcie odejścia, to werbalnie odejście
ogłosił już znacznie poniżej „wysokości decyzji”. Za to należąca prawdopodobnie do niego szczątkowa wypowiedź może wskazywać na zamiar podejścia jedynie do wysokości 120 metrów.
Można domniemywać, choć brak na to przesłanki rzeczowej, że Kapitana mogły zwieść dwie komendy KL Plusnina; „... bądź gotowy ...” i druga nieformalna, bo nieujęta w rosyjskich AIP: „Posadka dopołnitielno”. Jeśli tak, to brak na pokładzie samolotu rosyjskiego lidera byłby kluczowym, choć pośrednim czynnikiem katastrofy.
Również jest kwestią ocenną, czy 2-gi Pilot interweniował zbyt późno. Do wyjścia z niebezpiecznego położenia
zabrakło dosłownie kilku metrów.
Raport MAK, choć nie zawierający błędów komisji Millera, zawiera widoczne przypadki fałszowania
stenogramu (np.: „Wkurzy się, jeśli jeszcze ...”), odwołanie się do zdarzenia niezwiązanego z badaną sprawą (do tego z
przekłamaniem faktu), podanie wątpliwych wyników badań toksykologicznych bez
ich udokumentowania, odwoływanie się do sprzecznych parametrów ścieżki oraz
tuszowanie składu personelu wieży. Co w sumie miało
stworzyć wrażenie „nacisków na załogę”, a jednocześnie ukryć winy rosyjskich
kontrolerów.
Sugerowanej rzekomej „obawy pilotów przed głównym pasażerem”, opartej na fałszywym odczytaniu „Wkurzy się, jeśli jeszcze ...”, MAK użył za jedyną podstawę do oskarżenia pilotów o przekształcenie zezwolonego im próbnego podejścia w próbę lądowania.
Sugerowanej rzekomej „obawy pilotów przed głównym pasażerem”, opartej na fałszywym odczytaniu „Wkurzy się, jeśli jeszcze ...”, MAK użył za jedyną podstawę do oskarżenia pilotów o przekształcenie zezwolonego im próbnego podejścia w próbę lądowania.
Raport „komisji
Millera” zawiera co najmniej dziesięć istotnych błędów technicznych, popełnionych przeciwko
fizyce, matematyce i topografii. Zawiera też błąd polegający na
błędnym przeniesieniu jednego z zapisów rejestratora parametrów. W zakresie
systemu TAWS raport jest niespójny i sprawia wrażenie redagowania przez różne
osoby o sprzecznym stanie wiedzy.
Stenogram A.
Artymowicza, jakkolwiek od pozostałych znacznie obszerniejszy i sporządzony z
użyciem bardzo wydajnych współczesnych środków technicznych, jest skażony intencyjnością.
Swej intencyjności wobec Dowódcy Sił Powietrznych, jeszcze przed ogłoszeniem
stenogramu, bracia Artymowiczowie nie ukrywali. Stąd pewne
wypowiedzi ponad wszelką wątpliwość należące do jednego lub drugiego Pilota,
stenogram przypisuje do DSP. Autorzy stenogramu błędnie utrzymują, że mikrofony
CVR nie sięgały poza kabinę, tymczasem treść wielu wypowiedzi jednoznacznie
dotyczy dyskusji toczonej około saloniku Prezydenta. Jak też nadmiernie i tylko
według swego dowolnego uznania szafują kwalifikacją
„osoba trzecia”. Do tego stopnia, że niekiedy ten
kwalifikator umieszczają przy Stewardessie, a nawet… przy Nawigatorze.
Oprac. >Alur< - lipiec 2019r.





Komentarze
Prześlij komentarz