FAKTY 2010 - POGUBIENI


W tym rozdziale grupuję niemal wszystkie mi znane przypadki, w jakich pogubili się w faktach przeciwnicy oficjalnych raportów MAK i Millera. Oczywiście pomijam hulające po internecie tezy anonimowe, często wytworzone przez zupełnych ignorantów, czasem przez niedojrzałych uczniaków. Cóż, internet jest dostępny dla wszystkich. Zresztą podejrzewam, że spora część tych kuriozalnych publikacji została wpuszczona lub nagłośniona celowo, aby krytykujących oficjalne raporty rozcieńczyć i ośmieszyć. I przykryć oczywiste wpadki raportu Millera, co zresztą się udało.
Bo np. dwuznacznie wyglądała sprawa „mgły helowej”. Wylansował ją mec. Rafał Rogalski, kiedy jeszcze był pełnomocnikiem procesowym Jarosława Kaczyńskiego. Swoją kuriozalną tezą, podobną podsuniętą mu przez któregoś z posłów PiS, mecenas zaskoczył nawet samego J. Kaczyńskiego. I niemal od razu, bo już na początku maja 2011r., na łamach tygodnika Wprost w imieniu J. Kaczyńskiego od „mgły helowej” odciął się jego bliski współpracownik – Adam Hofman. Wkrótce też J. Kaczyński zwolnił swego mecenasa, który zaraz po tym znalazł oparcie w… Platformie Obywatelskiej.
Chyba jeszcze bardziej kuriozalną tezę ogłosił bloger FYM – Free Your Mind (nie znam jego personaliów), którą z rosyjska nazwał „maskirowką”. Mianowicie twierdzi, bo chyba nadal tak uważa, że katastrofa w Smoleńsku została zainscenizowana. Natomiast polski Tu-154 i jego pasażerowie, z Prezydentem na czele, zostali uprowadzeni z Okęcia i uwięzieni, może potem zamordowani, ale gdzie indziej!
Nie będę się rozwodził nad ogromem problemów wykonawczych, jakie musiałyby być przedsięwzięte, aby taka „maskirowka” mogła być skutecznie przeprowadzona. Nawet osobie o nieszczególnie wysokim IQ powinno wystarczyć, że dla osiągnięcia tego samego skutku końcowego znacznie prościej i pewniej byłoby doprowadzić do katastrofy, niż ją zainscenizować.
o O o
Głupotą popisał się też prof. Jacek Rońda z krakowskiej AGH. Choć od pozostałych delikwentów odróżnia się tym, że do swego kłamstwa sam się przyznał i publicznie za nie przeprosił. Nie znam drugiego takiego przypadku.
Chodzi zaś o jego rozmowę z szefem Wiadomości TVP1 – Piotrem Kraśką, w czasie której profesor blefował, że ktoś spośród oficjalnie badających katastrofę anonimowo mu udostępnił dowód, że „samolot nigdy nie zeszedł poniżej stu metrów”. Choć po bodajże kilkunastu dniach się ze swego blefu wycofał, to bardzo sobie zaszkodził. A przede wszystkim zaszkodził innym, którzy mają twarde podstawy, by podważać rzetelność oficjalnych „wyjaśnień” tej katastrofy.
Prof. J. Rońda nie uwzględnił reguły narzuconej przez przeciwników, że łgać wolno tylko im. I że oni, nawet przyłapani na kłamstwie, nigdy się z niego nie wycofują, ani za nie nie przepraszają. Nigdy, co w następnej części Prawdomówni inaczej wykażę jeszcze parę razy.
Z prof. J. Rońdą wiąże się przypadek prof. Michała Kleiberga, który w tym czasie był Prezesem Polskiej Akademii Nauk. Nie, na Prezesie nie ciąży zarzut kłamstwa, ale dość dziwnego zachowania się, gdy była okazja do konfrontacji między komisją Millera a niezależnymi naukowcami, uczestniczącymi w tzw. Konferencjach Smoleńskich. Gdy ten spór był jeszcze świeży, a opinia publiczna nie była skołowana propagandą nachalnie dyskredytującą wszelkie próby podważenia raportu Millera – to zaproponowany przez prof. M. Kleiberga arbitraż mógł wiele wyjaśnić. A zwłaszcza powstrzymać dziś już chyba nieodwracalną erozję powszechnej świadomości.
Lecz gdy tylko Prezes PAN-u wystąpił ze swą propozycją – to musiało wystraszyć świadomych swych błędów członków komisji Millera, jak też wystraszyło świadomy swych matactw obóz rządzący. I najpierw wice-przewodniczący tej komisji – dr Maciej Lasek stwierdził publicznie, że, cytuję z pamięci: „to nie jest dobry pomysł”. A po kilku dniach prof. M. Kleiberg nagle swoją propozycję wycofał, uzasadniając to rzekomym blamażem Konferencji Smoleńskich w osobie wymienionego wyżej prof. J. Rońdy. Blamażem rzekomym, bo, wyjąwszy prof. J. Rońdę, w Konferencjach Smoleńskich uczestniczyło jeszcze co najmniej ponad stu godnych zaufania przedstawicieli polskiej nauki, o niekwestionowanym autorytecie i dorobku naukowym.
Trudno mi się oprzeć wrażeniu, a jest to moje osobiste przekonanie, że prof. M. Kleiberg uległ wtedy naciskom „z góry”.
o O o
Dalej odniosę się do rzekomo udzielonej przez smoleńskich kontrolerów zgody lub nawet polecenia „zejścia do 50-ciu metrów”, co mieli usłyszeć członkowie załogi polskiego Jaka-40, w tym jeden z nich zmarły w niejasnych okolicznościach. Osobiście uważam, i to mimo towarzyszących tej sprawie niejasności; zagadkowej śmierci śp. Chor. Remigiusza Musia i tej związanej z uszkodzeniem nośnika zapisu w magnetofonie Jaka, że najpewniej wszyscy panowie ulegli wzajemnej sugestii. Na istniejących kopiach zapisu CVR bez wątpliwości słychać „sto”. Natomiast sfałszowanie tego zapisu przez zastąpienie wyrazu jednosylabowego wyrazem trzy- lub czterosylabowym (zależnie od formy fleksyjnej), byłoby niesłychanie trudne.
o O o
Twierdzę, że w błędnym przeświadczeniu wciąż trwa Cezary Gmyz, były dziennikarz Rzeczpospolitej. Twierdzę, bo wobec kontynuacji tych badań, a chodzi oczywiście o trotyl, sprawę wciąż jeszcze można uważać za nierozstrzygniętą. Przy tym nie chodzi o kwestię jego obecności, bo wykryto go we wraku rzeczywiście, i to we właściwej jego postaci. Chodzi o znaczenie tego faktu.
Moim zdaniem red. C. Gmyz opacznie zinterpretował informację producenta – prezesa Jana Bokszczanina, że jego spektrometry wykrywają wyjątkowo niskie koncentracje molekuł, zaledwie 10‾¹¹. I wziął ją za dowód pewności wykrycia ładunku wybuchowego, zamiast za wyraz znikomości tej koncentracji, równej niemal zeru.
Dla przystępnej ilustracji przełóżmy to na kąkol w zbożu. Gdy jedno jedyne źdźbło kąkolu, które potrafi wykryć spektrometr, znajdzie się wśród 10¹¹ ździebeł zboża. Przyjmując, że na metrze kwadratowym wyrasta ok. tysiąca słomek zboża, to niewinnie wyglądające „dziesięć do potęgi jedenastej” zajmie obszar… dziesięciu tysięcy hektarów! Czyli pole o rozmiarach 10 na 10 kilometrów.
Jednego źdźbła kąkolu na takiej powierzchni nie można uznać za zachwaszczenie, nawet jeśli go było tam sporo więcej (wszak 10‾¹¹ było dolnym progiem wykrywalności). Jak poinformowano po analizach laboratoryjnych, tych jeszcze przed rokiem 2015 – koncentracja materiałów wybuchowych miała być śladowa. Zaś do naniesienia takich śladowych ilości wystarcza choćby przypadkowy kontakt któregoś pasażera z nabitą bronią, ze strzelbą myśliwską, itp. A dość zauważyć, że ten samolot wcześniej przewoził żołnierzy na misję wojskową do Afganistanu.
To jednak nie wyklucza eksplozji w skrzydłach i w kadłubie tupolewa. Pamiętajmy, że podczas katastrofy w jakiś sposób rozeszło się około 12 ton benzyny lotniczej.
o O o
Krytycznie odnoszę się też do tezy obecnej Podkomisji MON, że badane przez nią drzwi wtłoczyć w grunt na głębokość jednego metra mógł tylko wybuch, i to materiału bardziej energetycznego, niż paliwo lotnicze. Nie jestem specjalistą od takich zjawisk, podawana mi na studiach wiedza z zakresu naprężeń i zniszczeń też mi już zwietrzała, ale wiem, że poruszająca się z prędkością ponad 250 km/h bryła o masie 77 ton miała dość energii, by jej starczyło na wbicie drzwi w ziemię. I to nawet bez wybuchu paliwa. Zaś powołującym się na dziesięciokrotnie niższą prędkość pionową wyjaśniam, że kierunek wektora siły zmieniają najzwyklejsze maszyny proste, jak dźwignia, czy równia pochyła. A podczas rozpadania się samolotu takich improwizowanych maszyn prostych tam nie brakowało.
(Chyba, że w miejscu wbicia się tych drzwi najniżej położony fragment kadłuba miał do ziemi dystans większy, niż szerokość drzwi. Ale tego nikt nie jest w stanie stwierdzić, nawet przy braku innych śladów w pobliżu.)
o O o
W końcu 2018 roku w sprawie tej katastrofy zgubił się dziennikarz portalu wPolityce.pl – red. Marek Pyza. W artykule p. t. „Dajcie Wałęsie czy Rosatiemu do poczytania raport Millera. Może wreszcie się zamkną” jednoznacznie stwierdził, że śp. Prezydent o mgle w Smoleńsku mógł się dowiedzieć dopiero po rozmowie załogi z Dyrektorem Protokółu śp. Mariuszem Kazaną, czyli po godz. 8:26:18. Tymczasem Prezydent najpewniej dowiedział się o niej znacznie wcześniej, tuż po godz. 8:17:50, a więc blisko cztery minuty przed swoją słynną rozmową telefoniczną z bratem. Tym niemniej, i tu red. M. Pyza ma rację, ta rozmowa telefoniczna nie skutkowała wywarciem na załogę jakiejkolwiek presji.
Piloci informując Stewardessę nie wskazali, komu ma tę informację przekazać. Jest mało prawdopodobne by Stewardessa znała zadania poszczególnych pasażerów, więc najpewniej najpierw poinformowała Prezydenta. I najpewniej to Prezydent kazał jej tę sprawę przekazać odpowiedzialnemu za porządek uroczystości Dyr. M. Kazanie.
Jarosław Kaczyński twierdzi, że w rozmowie Prezydent nie wspomniał o przewidywanych kłopotach z lądowaniem i to jest możliwe. Ze wstępnej, a przede wszystkim niespodziewanej informacji Stewardessy mógł jeszcze sobie nie uświadomić wagi problemu, dlatego z enuncjacjami wstrzymał się do jej rozpoznania przez Dyr. Kazanę. Zaś Dyr. Kazana mógł ją Prezydentowi w pełni naświetlić dopiero po rozmowie z Pilotami.
A co najważniejsze, to ledwie Stewardessa weszła do salonki Prezydenta, to już wtedy Piloci postanowili zrobić próbne podejście. A w nagraniu CVR nie ma nawet śladu, by o tym z nimi rozmawiały osoby postronne.

o O o
Na koniec warto omówić film „Smoleńsk”. Generalnie uważam go za wartościowy i rzetelnie odtwarzający istotne fakty, jakie złożyły się na polityczną atmosferę, zwłaszcza przed i po katastrofie. Tym niemniej jego autorzy nie uniknęli pewnych błędów. Drobne nieścisłości zarejestrowanych wypowiedzi, jak ich skróty, złagodzenia wulgaryzmów, pomijam. Zasadniczo nie odnoszę się też do tez, być może uważanych za kontrowersyjne, ale głoszonych przez konkretne i znane osoby, zatem na ich odpowiedzialność, a nie na odpowiedzialność autorów filmu. Do takich może należeć np. przedstawiony od 85-tej minuty wykład dra Wiesława Biniendy.
Ale są inne dostrzeżone przeze mnie błędy i zasługujące na uwagę sytuacje:
W scenie inauguracyjnej filmu pokazano polskiego lądującego Jaka-40, który tego dnia wylądował w Smoleńsku. Jak-40 wylądował 1 godzinę 24 minuty przed katastrofą tupolewa, co ze zbitki obu zdarzeń w czołówce może nie wynikać. Choć pokazanie obu zdarzeń obok siebie nie jest błędem, ale widza może mylić.
Także w czołówce, na tle odchodzącego po swym nieudanym drugim podejściu rosyjskiego Iła-76, w warstwie dźwiękowej filmu umieszczono słynną frazę (po rosyjsku): „Zrzut zakończyłem. Odchodzę na wschód. Pozwolili…”. W rzeczywistości ta fraza została w eterze zarejestrowana 48 minut później, na 13 minut przed katastrofą, gdy polski Tu-154 zaczynał od zachodu okrążać smoleńskie lotnisko. Nic też nie wskazuje, by została nadana z pokładu tego Iła. Co ważne, nie była nadana na częstotliwości lotniska w Smoleńsku, więc nie była skierowana do jego kontrolerów.
Wprawdzie w 99-tej minucie filmu ta sama fraza została powtórzona już we właściwym miejscu, ale ta z czołówki sugeruje i utwierdza krążącą niekiedy fałszywkę, jakoby Ił w ogóle nie miał lądować, a tylko wykonać jakieś tajemnicze zadanie.
Ta alegoria z czołówki z jeszcze dwoma omówionym niżej przekłamaniami z minuty 98-ej i 100-ej, to najbardziej chybione sceny w filmie. Gdyby Producent je zmienił lub wyciął, nawet jeszcze teraz, to wartość faktograficzna filmu niewątpliwie by wzrosła.
W 52-iej minucie aktor grający śp. Prezydenta mówi o „pięciu prezydentach”, jacy łącznie z nim polecieli do Tbilisi. To oczywiście jest skrót pojęciowy – było tam czterech prezydentów (Polski, Ukrainy, Litwy i Estonii) oraz premier Łotwy.
W minutach 55-57 jest mowa o dyspozycji ze smoleńskiej wieży, by zejść do 50-ciu metrów. Jednak ta kontrowersja, do której już odniosłem się nieco wcześniej, nie obciąża autorów filmu. Ale dyskusyjna jest też teza wyrażona przez postać śp. R. Musia, że tupolew mógłby „bezpiecznie odlecieć z wysokości 20 metrów”. Mógłby, ale gdyby już nie opadał, a przed nim nie rosły drzewa.
Grający śp. R. Musia aktor sugeruje też podejrzane intencje prokuratorów wojskowych, którzy po powrocie do Warszawy natychmiast zarekwirowali magnetofon z Jak-a. Rzeczywiście mogli to zrobić, ale nie w intencji ukrycia jego nagrania, ale w celu zabezpieczenia ew. dowodu. Bowiem już wtedy zapadła decyzja, by również załogę Jak-a oskarżyć o niedozwolone lądowanie. W ten sposób opcja PO-PSL chciała w powszechnej świadomości wzmocnić przekonanie, że polscy piloci łamanie przepisów mieli wręcz w naturze. (Ostatecznie załoga Jak-a została od tego zarzutu uwolniona, ale ujawniono to dopiero na początku 2015 roku, choć jeszcze za opcji PO-PSL.)
W 68-ej minucie towarzyszący głównej bohaterce operator kamery dzieli się z nią opinią, że samolot po ew. zderzeniu z brzozą nie miałby dość miejsca na obrót wokół osi. Należy jednak uwzględnić, że samolot mocno zadzierał ku górze (już przy brzozie kąt tego zadarcia wynosił 12.8°), że obrót następował stopniowo i że zasięg skróconego skrzydła zmniejszył się do ok. 12.6 metra. Ponadto komisje MAK i Millera identyfikują na wrakowisku kilkumetrowy ślad, jaki pozostały kikut skrzydła miał wyryć w ziemi.
W 79-ej minucie, w czasie pobytu głównej bohaterki w USA, mieszkający tam jej ojciec pyta: „Twoja mama wciąż biega na te wiece pod krzyżem?”. Obiektywnie jest to nieścisłość, bo z nieco wcześniejszej sceny filmu wynika, że od katastrofy minęły dwa lata, zaś krzyż z Krakowskiego Przedmieścia został „przeniesiony w godne miejsce” (czytaj: usunięty) jeszcze we wrześniu 2010r. Mogło więc chodzić o „miesięcznice smoleńskie”.
Zapewne jednak autorzy filmu chcieli zaznaczyć dystans między Zachodem a Polską, dystans zarówno rzeczywisty, jak mentalny. Sceptycznie nastawiony do rozpamiętywania katastrofy ojciec bohaterki mógł takich szczegółów po prostu nie znać.
W minutach 81-82 amerykański dziennikarz pyta: „Czy ja dobrze rozumiem; polski i rosyjski premier urządzili uroczystość dla upamiętnienia rocznicy zamordowania polskich oficerów przez Rosjan i nie zaprosili polskiego prezydenta? …”. A bohaterka odpowiada: „Była druga uroczystość dla prezydenta trzy dni później”.
Wprawdzie amerykański dziennikarz też mógł nie znać faktów i nawet jego polska koleżanka mogła jeszcze do nich nie dotrzeć, ale szkoda że autorzy filmu zostawili tę scenę z takim przekłamaniem. Bo pierwszą i podstawową uroczystością upamiętniającą polskich oficerów była właśnie ta z 10 kwietnia. I wcale nie była organizowana „dla Prezydenta”, ale dla wszystkich instytucji i przedstawicieli władz, jakie normalnie uczestniczą w uroczystościach państwowych o takim wymiarze.
Natomiast druga uroczystość (podkreślam – druga!), którą rosyjski premier w kontrze do polskiej uroczystości zaplanował później, ale jej termin wyznaczył na trzy dni wcześniej, była poświęcona „rosyjskim ofiarom stalinizmu z lat 30 – 50”. Kilkunastominutowe złożenie wieńców na polskim cmentarzu przez premierów Donalda Tuska i Władimira Putina było tylko jednym z punktów uroczystości Putina.
93-cia minuta – niewłaściwa kolejność scen. Śp. Chor. R. Muś, technik z Jaka-40, zmarł w niejasnych okolicznościach (wg oficjalnej wersji popełnił samobójstwo) w nocy z 27 na 28 października 2012r. Nawet gdyby, jak podano na filmie, „trotylowa” konferencja Naczelnej Prokuratury Wojskowej miała miejsce 28 października, a nie, jak podaje większość źródeł, 30 października tego roku, to i tak powinna następować po tragicznej śmierci śp. Chorążego, a nie przed nią.
98-cia minuta – pomylono operatora TVP Sławomira Wiśniewskiego, który pierwszy sfilmował miejsce katastrofy, z operatorem TVN śp. Krzysztofem Knyżem, który zmarł na sepsę, ale z katastrofą nie miał styczności. Ten błąd autorzy filmu powtórzyli za częścią prawicowych mediów, które obu operatorów złączyły w jedną postać. Więc ta parusekundowa fraza dialogowa ewidentnie nadaje się do usunięcia.
100-na minuta – skierowane do Kierownika Lotniska ppłka Pawła Plusnina dyscyplinujące polecenie płka Nikołaja Krasnokutskiego: „Pasza, doprowadzasz do stu metrów …” zmieniono na: „Pasza, doprowadzasz do pięćdziesięciu metrów …”. I dodano nieistniejące w stenogramie: „To rozkaz międzynarodowego numer jeden!”. To odstępstwo od rzeczywistości, będące konsekwencją wyżej omówionych twierdzeń załogi polskiego Jaka-40, wymaga zasadniczej rewizji. I co to za tajemnicza funkcja: międzynarodowy numer jeden?
Ale dwuznaczne zachowanie się moskiewskich decydentów rzeczywiście miało miejsce, lecz wyglądało inaczej. Ppłk P. Plusnin przez ponad pół godziny usilnie u nich zabiegał, by polskiego tupolewa nie kierowali do Smoleńska, ale zabrali go do Moskwy-Wnukowa. A choć mu to kilkakrotnie obiecali, to ostatecznie tego nie zrobili. A zamiast tego wkroczył płk N. Krasnokutski: „Pasza, doprowadzasz do stu metrów. Sto metrów!  Bez dyskusji, kurde …
Minuty 105-106 – dialogi w kokpicie są dość uproszczone (m. in. pominięto odczytanie karty na ścieżce podejścia, jak też pominięto bardzo ciche frazy dobiegające spoza kabiny). Za to są przejrzyste i, co ważne, prawidłowo oddają istotę manewru oraz komunikację z wieżą. Słusznie też pominięto trzy fałszywe ostrzeżenia TAWS#34, 35 i 36 (w tak krótkim czasie uzmysłowić widzom ich fałszywość byłoby wprost niemożliwe). Za to ujawniono TAWS#37, a tuż po nim – decyzję odejścia na drugi krąg. Jakkolwiek obecnie istnieje kontrowersja, czy ogłosił ją Kapitan czy dopiero 2-gi Pilot, to w czasie realizacji filmu obowiązywały należące do CLK oraz IES przypisania tej decyzji Kapitanowi.
Tu jednak mam niedosyt – gdyby autorzy równolegle przedstawili dyskusję w saloniku prezydenckim nad wyborem lotniska zapasowego, z której do kokpitu dobiegły pominięte strzępki fraz – obraz byłby pełniejszy. A jednocześnie zostałyby ucięte ew. spekulacje o celowej selekcji tych wypowiedzi.
107-ma minuta – Kapitan bezskutecznie usiłuje użyć przycisku „odejście”, co akurat jest zgodne z tezami raportów MAK i Millera, ale co ja podaję w wątpliwość. Eksplozje i ogień; najpierw w skrzydle, potem w śródpłaciu, są w pełni uzasadnione bardzo prawdopodobnymi eksplozjami umieszczonych w tych miejscach zbiorników z paliwem.
Na szczególną uwagę i na wysoką ocenę artystyczną zasługuje przedostatnia alegoryczno-poetycka scena, symbolicznie klamrująca Ofiary Katynia z Ofiarami Smoleńska. Wbrew prymitywnym zarzutom ówczesnego członka kolegium PISF – Jerzego Stuhra, ta scena jest uprawnionym zobrazowaniem pieśni pogrzebowej:
                        Anieli Pańscy niech te dusze przyjmą
                        Uniosą z ziemi ku wyżynom nieba
                        A pieśń Zbawionych niech je zaprowadzi
                        Aż przed oblicze Boga Najwyższego…
Ogólnie film uważam za bardzo wartościowy. Dlatego, z odliczeniem wyżej wskazanych uchybień, film „Smoleńsk” polecam tym, którzy go dotąd nie widzieli. Pewnemu środowisku ciągle jeszcze bardzo zależy, aby opinia publiczna o przedstawionych na filmie okolicznościach się nie dowiadywała.
o O o
Oprac. >Alur< – lipiec 2019r.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

KONKLUZJE

ANALIZA PODEJŚCIA – cz. 2

O FILMIE PODKOMISJI MON