FAKTY 2010 - PRAWDOMÓWNI INACZEJ


Tę część przeznaczam tym, którzy wyznaczyli sobie zadanie nie szukania prawdy, ale znalezienia winnych wyłącznie wśród Ofiar tej tragedii. Tych jest zdecydowanie więcej, dlatego dzielę ich na grupy:
Media
Przed, w czasie i jeszcze parę lat po katastrofie media były przychylne lub zależne tylko od jednej opcji politycznej. I w ukształtowaniu powszechnej (nie)świadomości odegrały zasadniczą rolę. Nieświadomości celowo posianej i głęboko ukorzenionej, która pleni się dzisiaj. Jak bardzo i jak dalece media się zaangażowały w propagandę „antysmoleńską” – o tym świadczą poniższe przykłady.
Wymownym przykładem propagandy „antysmoleńskiej” jest wydana w grudniu 2010 roku książka „Ostatni lot”, autorstwa Jana Osieckiego, Tomasza Białoszewskiego i Roberta Latkowskiego. Przyznaję, że nie czytałem jej w całości, a tylko przewertowałem przy księgarskiej półce. W powszechnym zgiełku medialnym już wtedy chciałem dojść do rzeczywistych faktów, które na łamach swej książki autorzy mi obiecywali. Ale tu się zawiodłem. Zamiast obiektywnych ustaleń, szczególnych spostrzeżeń, logicznych wniosków – znalazłem naciągane tezy o wyłącznej winie pilotów i „głównego pasażera”. W tym autorzy prześcignęli nawet raport MAK-u (z książki wynika, że autorzy poznali jego wstępną wersję).
Paradoksalnie ich książka znacząco się zdewaluowała po opublikowaniu tego raportu. Pokazana przez MAK trajektoria tragicznego podejścia obaliła ich tezę, która miała dowodzić winy pilotów. Np. że Kpt. Arkadiusz Protasiuk tuż przed katastrofą, na niskiej wysokości, utrzymywał lot płaski, bo zakładał, że tak doleci wprost nad pas. Obecnie to fałszywe założenie wskazuje jedynie, jak bardzo autorzy dążyli do wykazania winy pilotów.
Dlatego tej książki nie warto szczegółowo komentować, jakkolwiek niemal co parę stron zdumiewa ignorancją i brakiem logiki. Przytoczę tylko kilka z tych „kwiatków”. Np. jeden z jej autorów – pilot R. Latkowski stwierdził, że samolot był właściwie bezawaryjny („nie gniotsa, nie łamiotsa”) i że sam, gdy go pilotował, spotkał się tylko z jedną jego awarią czy usterką. A zaledwie pół strony dalej sam sobie zaprzeczył, pisząc o awariach, które wystąpiły w czasie lotów z Premierem Oleksym. Tyle, że winien tym awariom nie był samolot, a… Premier Oleksy. Dlaczego?  Bo przynosił pecha! „Nazywaliśmy go Jonaszem” – dodaje.
Tymczasem co 15-sty (!) wyprodukowany Tu-154 rozbił się. Daje to bardzo wysoki wskaźnik 6.7%. Dla porównania inne typy o podobnym okresie ich użytkowania w liniach lotniczych: IŁ-62 – 4%, Boening-737 – 2.1%. W ciągu zaledwie kilku miesięcy po katastrofie naszego tupolewa rozbiły się jeszcze trzy (w jednym z tych wypadków pasażerowie tylko cudem ocaleli), tak, że na przełomie 2010/11 właściwa rosyjska instancja lotnicza wszystkie pozostałe Tu-154 zaleciła zupełnie wycofać z eksploatacji.
A ten konkretny tupolew w ciągu zaledwie 5-ciu miesięcy, od powrotu z remontu w Samarze do dnia poprzedzającego katastrofę, w „Książce obsługi statku powietrznego Nr 101 90A837” miał zapisanych aż 29 (dwadzieścia dziewięć!) wystąpień awarii lub usterek (część z nich się powtarzała). A najpoważniejsza uziemiła go na kilka godzin na Haiti, dokąd poleciał z pomocą humanitarną.
Wcześniej winien był Premier Józef Oleksy, teraz złym duchem musiał być Prezydent Lech Kaczyński. I aby wzbudzić dla niego niechęć czytelnika – autorzy wymyślili rzecz wprost infantylnie głupią. Napisali, że to nie Szef Kancelarii Premiera Tomasz Arabski w 2008 roku odmówił Prezydentowi samolotu szczyt do Brukseli, ale że jakoby pilot A. Protasiuk nie mógł polecieć „z powodu przemęczenia (…) ’Upokorzony’ prezydent musiał wyczarterować samolot od LOT-u” – koniec cytatu.
Przemęczenie pilota jako powód niewykonania lotu byłoby dobre w literaturze dziecięcej, ale w formacjach lotniczych obowiązuje zarówno grafik służby, jak też czas wypoczynku załóg. Dodatkowo przepisy 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego, który wykonywał przewozy ViP-ów, nakazywały dla takich lotów zabezpieczyć nie tylko rezerwową załogę, ale nawet rezerwowy samolot. Autorzy książki musieli to wiedzieć, wszak jeden z nich – R. Latkowski dowodził tym pułkiem przez ponad dwanaście lat. A jednak niszczyli swą reputację tak absurdalnymi bzdurami.
Tu miejsce na dygresję; w roku 2012 wspomniany Szef Kancelarii Premiera –  T. Arabski w odpowiedzi na zarzuty NIK-u tłumaczył się, że odmówił Prezydentowi samolotu, bo jego uczestnictwo na brukselskim szczycie uznał za zbędne. Na co otrzymał ripostę Prezesa NIK – p. Jacka Jezierskiego, że jako Koordynator miał uprawnienia wyłącznie do realizacji zleceń ViP-ów na transport lotniczy, a nie do weryfikacji tych zleceń.
Wracając do niesławnych autorów niesławnej książki, to nie przepuścili ani Pilotowi A. Protasiukowi, ani Generałowi A. Błasikowi. Pierwszego jego były dowódca – R. Latkowski oskarżył o „miękkość”, którą w dostępnym wtedy stenogramie MAK-u rzekomo miała poświadczyć nawet stewardessa (w którym miejscu???). A drugiego mieli ochotę oskarżyć, że wygonił 2-go Pilota i aż do katastrofy sam pilotował samolot. Tu warto zacytować ich wprost: „Przez długi czas naszego dziennikarskiego śledztwa teza, że również podczas tego lotu generał Andrzej Błasik postanowił posiedzieć za sterami TU154M, wydała się nam bardzo prawdopodobna. Dowodem na poparcie tej hipotezy mogłoby być choćby milczenie drugiego pilota w czasie czytania checklisty”.
No proszę, teza że Gen. A. Błasik osobiście pilotował samolot pasowałaby do ich książki, jej autorzy mieli nawet „dowód na jej poparcie” – tyle, że nawet MAK wykluczył, by pilotował. Szkoda.
Autorzy pochwalili się, że trasę ostatniej fazy lotu przeszli z lokalizatorem GPS, co samo w sobie było intencją dobrą. Mimo to ich „dziennikarskie śledztwo”, jak swoje dywagacje sami nazywają, nie przyniosło im spostrzeżeń o negatywnej roli rosyjskich kontrolerów. Nie podkreślili też, że wszystkie pięć komunikatów Kontrolera W. Ryżenki (KSL) „… na kursie i ścieżce” były całkowicie błędne. Tu znowu sobie wypisałem fragment z ich książki: „Horyzont sto jeden! – krzyknął do mikrofonu zdenerwowany Wiktor Ryżenko. Kontroler z wieży smoleńskiej chciał, żeby samolot natychmiast wyrównał lot. Protasiuk się nie odezwał. Może nie usłyszał komendy? A może ją zignorował, bo właśnie zaczął wyrównywać lot? Pewnie był skupiony na realizacji swojego planu lądowania”.
Szanowni „dziennikarze śledczy”, W. Ryżenko krzyknął „Horyzont sto jeden!” półtorej sekundy po tym, gdy pilot, prawdopodobnie 2-gi, przejął wolant. Gdy Ryżenko to krzyczał, samolot był już tylko 40-50 metrów nad ziemią, do tego przed szybko wznoszącym się zboczem. Tak więc wykonanie jego polecenia wyrównania lotu (podkreślam; wyrównania do poziomu) w gruncie rzeczy doprowadziłoby do uderzenia w to zbocze. Kpt. A. Protasiuk „się nie odezwał”, bo wtedy miał już na głowie poderwanie samolotu. Co by się udało, gdyby nie inne zdarzenia, być może też późniejsze zahaczenie brzozy.
Zaznaczam, że moje stwierdzenie co wtedy Kpt. A. Protasiuk „miał na głowie” nie jest fabułą literacką taką, jak zacytowane z książki swobodne dywagacje „może ją zignorował?” czy „pewnie był skupiony”. Moje wynika ze ścisłego, fizycznego zestawienia zarejestrowanych parametrów lotu z balistyką masy bliskiej 80-ciu tonom. Bez podjętych już wtedy konkretnych działań wciąż jeszcze zniżający się samolot nie przeskoczyłby następującego przed nim wzgórza. Choć możliwe, że przewyższyć rosnącej tuż przed płaskowyżem brzozy już nie zdołał.
Natomiast Kontroler W. Ryżenko powinien nakazać nie kontynuowanie podejścia lotem płaskim, ale „odejście na drugi krąg”. I powinien był to zrobić znacznie wcześniej, gdy samolot był co najmniej 50-60 metrów wyżej.
A przede wszystkim Kontroler W. Ryżenko nie powinien podczas ośmiu kilometrów podejścia cały czas upewniać załogi, że jest na ścieżce, podczas gdy tor lotu zarówno w poziomie jak w pionie znacznie od niej odbiegał. I nie powinien też sugerować, że początek lotniska leży pół kilometra bliżej, niż leżał w rzeczywistości.
Bo brzozy nie „posadzili Tusk z Putinem”, jak szydzą ignoranci. Brzoza rosła 75 metrów w bok od pasa, gdzie Ryżenko nie powinien samolotu doprowadzić. I nie powinien go w tym miejscu dopuścić niżej, niż do 35 metrów ponad jej wierzchołkiem.
o O o
Znacznie szerszy niż omawiana książka wpływ na dezinformację, a do tego permanentny, mają media periodyczne.
Jednym jest Gazeta Wyborcza, z „dziennikarzami” (do tego grona można ich zaliczać tylko w cudzysłowie) Agnieszką Kublik i Konstantym Gepertem vel Dawidem Warszawskim. Jakkolwiek tak się kwalifikujących można by w redakcji GW znaleźć więcej, to na te dwa nazwiska wciąż trzymam dowody ich fałszerstw. Dlatego pomijam już takie rewelacje GW, jak „cztery próby lądowania” lub „kłótnię na lotnisku”. Bo nie jestem pewien, czy dziś jeszcze dotarłbym do tych publikacji, a we właściwym czasie ich sobie nie zachowałem. Za to mogę zapewnić, że jeśli już kogokolwiek wymieniam z nazwiska, to mam na to właściwe zabezpieczenie.
Zresztą głoszone przez GW tuż po katastrofie „cztery próby lądowania” można uznać za pomyłkę mimowolną, gdyż tego dnia rzeczywiście miały miejsce cztery próby, ale aż trzech samolotów, polskiego Jaka-40, rosyjskiego Iła-76 i polskiego Tu-154. W tym tylko dwie z nich były próbami lądowania, a pozostałe dwie, w tym ta tragiczna – tylko kontrolnym podejściem. Tym niemniej jeszcze nazajutrz fałsz o dwukrotnym podejściu tupolewa powtarzał też w Wiadomościach TVP1 ich szef – Piotr Kraśko. Cytuję: „Kilkanaście godzin temu jeszcze mówiono, że ten samolot czterokrotnie próbował podchodzić do lądowania. Teraz wiemy, że tylko dwukrotnie”. Tymczasem próba była tylko jedna.
Przy tym muszę ustawicznie podkreślać, że była to próba podejścia. Bo wciąż jeszcze „podejście do lądowania” jest mylone z „lądowaniem”, często celowo. Tymczasem są to dwie odrębne fazy manewru lotniczego. W tym konkretnym przypadku podejście do lądowania było w pełni dozwolone (co znowu podkreślam!), ale lądowanie – już nie.
Ale wróćmy do Gazety Wyborczej i p. A. Kublik. 16-tego września 2013r. opublikowała słynny artykuł, będący przeciekiem z prokuratury, a zatytułowany „Kompromitacja ekspertów Macierewicza”. W którym zamieściła rzekome wypowiedzi z zeznań trzech profesorów, uczestniczących w tzw. Konferencjach Smoleńskich. Wypowiedzi, których… nie było.
Odpowiedzialna za te przecieki Prokuratura Wojskowa zorientowała się, że złamała prawo. I aby swój delikt zneutralizować – natychmiast z tych zeznań zdjęła klauzulę tajności. Więc już nazajutrz po pierwszej publikacji A. Kublik uzupełniła ją o linki do protokołów tych zeznań. Kto zaś do nich zajrzy, ten się dowie, że najsmakowitsze ich kąski zostały po prostu zmyślone. Właśnie – kto zajrzy. Bo wielu czytelników GW do nich nie zajrzało. I nadal wierzą, że profesorowie się skompromitowali.
Tymczasem jeden z nich wspomniał, że po wojnie widywał wybuchy płonących stodół (można przypuszczać, że wskutek ukrywanej w nich amunicji). To A. Kublik, być może za sprawą lub z udziałem „prokuratorów” (tu znowu tak spełniający swój urząd zasługują jedynie na cudzysłów), przerobiła mu na „wybuch w szopie”. I szydziła z jego rzekomej terminologii ginekologicznej, gdy na badanym fragmencie z wraku wskazał charakterystyczne rozstępy połączeń nitowanych.
Co do drugiego profesora – to A. Kublik skarykaturyzowała mu całkowicie wyrwane z kontekstu pojęcie „eksperyment myślowy”. Tymczasem wcale mu nie chodziło o „eksperymentowanie w myślach”, przeciwnie, profesor stwierdził dosłownie, że przeprowadził „analizę myślową”. Zupełnie tak samo, jak Maxwell, Einstein czy Higgs, którzy do swych epokowych odkryć również doszli na drodze rozważań czysto teoretycznych, bez doświadczeń praktycznych. Zaś „eksperymentem myślowym” profesor nazwał swoją metodykę rozumowania, dobór przesłanek, a nie jakieś wirtualne, urojone eksperymenty.
A jeszcze bezczelniej p. A. Kublik oszkalowała trzeciego zeznającego – dra Wiesława Biniendę. Napisała, że dopiero prokuratorów prosił o dane, które wcześniej musiałby znać. On zaś ich w ogóle o nic nie prosił. Jak też napisała, że jego macierzysta uczelnia nic nie wie o jego badaniach, czemu władze uczelni w Akron zdecydowanie zaprzeczyły. Za co zresztą doświadczyły zmasowanego hejtu.
Manipulacjami w stylu GW i A. Kublik można zdyskredytować nawet św. Jana Pawła II. Przecież On nawet nie ukończył normalnego seminarium. Kiedy niby studiował – całymi dniami zajmował się kopaniem soli. Za to, jak sam przyznał, już jako dziecko często chodził na mszę świętą. Czyli formuł liturgicznych nauczył się podpatrując jakiegoś księżulka?
Kolejnym takim „dziennikarzem” Gazety Wyborczej jest Konstanty Gebert. Ten w słynnym filmie National Geographic „Śmierć Prezydenta” oznajmił, że po tzw. „incydencie gruzińskim”, cytuję: „pilot już nigdy więcej nie usiadł za sterami samolotu z Prezydentem”. Tymczasem sam major (wtedy jeszcze kapitan) Grzegorz Pietruczuk półtora roku wcześniej powiedział jego własnej, czyli K. Geperta, gazecie: „... lataliśmy potem przecież razem wiele razy”. Doprawdy, to dość szczególny przykład, gdy ktoś tak lekceważy i nie ufa treściom podawanym przez swoje macierzyste wydawnictwo.
o O o
Zaś w filmie „Śmierć Prezydenta” doliczyłem się aż piętnastu podobnych fałszów. Wymienię kilka z nich:
A więc już na wstępie 70-tą rocznicę zbrodni katyńskiej autorzy filmu nazywają „kontrowersyjną rocznicą”. Przy tym nie wiadomo, czy chcieli podtrzymać radziecką propagandę że tej zbrodni dokonali Niemcy, czy też jej upamiętnianie uznali za „niepoprawne politycznie”. Kolejny fałszem jest powtórzenie MAK-owskiej tezy o „próbie lądowania”. Potem film twierdzi, że „samolot miał trzy rejestratory, a wszystkie w końcu odnaleziono”. W rzeczywistości miał cztery rejestratory ciągłe, w tym jeden podwójny. Jak oświadczyli sami Rosjanie – rejestratora KZ-63 nie odnaleźli nigdy. Gdy już jesteśmy przy awionice – to filmu sugeruje, że w kokpicie był tylko jeden wysokościomierz baryczny i jeden radiowy. W rzeczywistości było tam sześć wysokościomierzy barycznych, wskazujących wysokość nad poziomem lotniska (Kpt. Protasiuk świadomie przestawił wskazania tylko jednego z nich) oraz dwa radiowe, wskazujące dystans do terenu pod samolotem. I zaraz z tego niedoliczenia się wynikła totalna bzdura: „Ponieważ wysokościomierz barometryczny został przestawiony – Nawigator mógł korzystać wyłącznie z radiowego”. Tymczasem Nawigator miał przed sobą, oprócz tego przestawionego, aż dwa poprawnie wskazujące wysokościomierze barometryczne, w tym jeden specjalnie mu przeznaczony.
Myślę, że do oceny tego „porządnie zrobionego filmu”, jak go zachwalają jego admiratorzy, to już wystarczy. A przypomnę, że podobnych błędów w filmie doliczyłem się aż piętnastu. I to nie licząc poruszających „efektów specjalnych”, jak wzorcowego, schludnego dispatchers room-u zamiast barako-wieży, albo pędzelka i ściereczki na wyposażeniu rosyjskich śledczych, zamiast łomu i koparki.
Załóżmy, że autorzy filmu byli wprowadzani w błąd przez wywiadowane osoby i instytucje (choć można im zarzucić, że swoje źródła wybrali tak jednostronnie). Ale czy Gazeta Wyborcza i A. Kublik lub K. Gebert choćby przyznali się do swych fałszów, nie mówiąc już, żeby wzorem prof. Jacka Rońdy za nie przeprosili? Ja o tym nie słyszałem.
o O o
Nigdy też nie słyszałem, by swoimi manipulacjami żenował się Newsweek. Co więcej, stwierdzam, że je świadomie konstruuje. Wyraźnie na to wskazuje przykładowe zdanie z rocznicowego n-ru 15/2018, z 8 kwietnia 2018r.: „ ... z prezydenckiej salonki wędrowały do niej (do kabiny pilotów) pielgrzymki prominentów z wieścią, że prezydent oczekuje lądowania albo nie jest w stanie podjąć decyzji o locie na zapasowe lotnisko”.
Tu należy docenić warsztatową sprawność autora tego artykułu, jak też redaktora całego tego numeru. Autora – Cezarego Michalskiego, bo choć w przytoczonym fragmencie wszystko jest fałszem, to jednocześnie niemal wszystko jest prawdą!
Nie, to nie paradoks. Bo śp. Dyr. Mariusz Kazana z pewnością był „prominentem”. Choć nie należał do otoczenia Prezydenta i nie wykonywał jego poleceń, a do nadzorowania uroczystości w Katyniu został specjalnie wydelegowany przez MSZ (min. Radosława Sikorskiego), ale prominentem był. I nie można zaprzeczyć, że jednoosobowe „pielgrzymki” też istnieją. A pielgrzymując – musiał przejść przez „prezydencką salonkę”. Nikt też nie zdoła zaprzeczyć, że każdy kto wsiada do samolotu, a więc również Prezydent, „oczekuje lądowania” u celu podróży.
Co prawda „prezydent był w stanie podjąć decyzję o locie na zapasowe lotnisko” (choć zamierzał ją podjąć nie rzucając monetą, ale po rozpoznaniu dwóch lotnisk wskazanych mu przez pilotów i w wyznaczonym przez nich czasie), ale nie bądźmy drobiazgowi i tej rozbieżności się już nie czepiajmy.
Doceniam też sprawność redaktora numeru, którym być może był sam Naczelny – Tomasz Lis. Bo ów artykuł, zresztą bardzo wymownie zatytułowany „Śmierć kłamstwa smoleńskiego”, został umieszczony tuż za wywiadem z członkiem komisji Millera – drem Maciejem Laskiem. Dr M. Lasek aż takiej fałszywki wypuścić nie mógłby, sam zresztą wypowiadał się dość oględnie. Ale w ten sposób, być może niechcący, firmował też kolejny artykuł, który tam podłożono jako rzekomą kontynuację jego opinii. Tak wykorzystać dra M. Laska, który po wywiadzie mógł zachować przekonanie że nie przekroczył granic przyzwoitości, to był prawdziwy majstersztyk redaktora Newsweeka.
Gdy już jesteśmy przy T. Lisie – to we wstępniaku do innego numeru tygodnika zarechotał: „zmieścisz się śmiało”. Gdyby zaś sprawdził czas i pozycję samolotu w jakich ta fraza została wypowiedziana, to wiedziałby, że do sugerowanych przez niego okoliczności odnosić się nie mogła. A niezależnie, czy jego rechot wynikał z nieznajomości faktów, czy z niezdolności do najprostszego rozumowania, to żadna z tych ewentualności nie poświadcza jego inteligencji. Podobnie jak nie poświadcza jej u b. ministra R. Sikorskiego, który identyczną ignorancją też się publicznie popisał.
Powodzenie tych fałszywek rozzuchwaliło „dziennikarzy” Newsweeka do tego stopnia, że ostatnio przestali się nawet zabezpieczać dwuznacznością, która by ich chroniła przed odpowiedzialnością za słowo. W n-rze 26/2019, w artykule „Skazany za Smoleńsk” (to o b. Szefie Kancelarii Premiera – T. Arabskim), który to artykuł właściwie cały jest wielkim fałszem, Renata Grochal napisała: „W 2010 roku, gdy tylko pojawiła się informacja, że Tusk z okazji 70. rocznicy zbrodni katyńskiej planuje wizytę w Katyniu i spotkanie z Putinem, prezydent Kaczyński także postanowił się tam wybrać”.
I to łgarstwo jest wyjątkowo bezczelne, bo jaka „pojawiła się informacja”, oraz kto i co zrobił, gdy się o niej dowiedział, było akurat zupełnie na odwrót. Opisałem to już w innym artykule na tej stronie, zatytułowanym „Zamach na prawdę - cz. 1”. A kto wolałby oficjalny opis tych zdarzeń, temu polecam np. raport Millera, rozdz. 1.17. „Informacje o organizacji i działaniach administracyjnych”. A jeszcze więcej dowie się z Postanowienia Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga, z 30 czerwca 2012 roku. To aż 339 stron, za to wyjaśniających ten temat dogłębnie.
o O o
I przyszedł czas na Politykę, nie na tę dosłowną, ale na podobny Newsweekowi „tygodnik opinii”. W n-rze 15/2019 z 10 kwietnia 2019r. panowie Mariusz Janicki i Wiesław Władyka (dziennikarzami ich nie nazwę) wprost zarzucili Jarosławowi Kaczyńskiemu i Antoniemu Macierewiczowi, że znają i uznają te przyczyny katastrofy, jakie M. Janickiemu i W. Władyce podpowiada ich wypaczona wyobraźnia. Cytuję: „Wiele wskazuje na to, że ani Kaczyński, ani Macierewicz nie wierzą w żaden zamach. (...) Dobrze wiedzą, że pilot tupolewa spokojnie odliczał 40, 30, 20 m do ziemi, nie widząc lotniska”.
Ten zarzut obu panów z Polityki, jakoby J. Kaczyński i A. Macierewicz mieli świadomość okoliczności przeciwnych niż głoszą, jest oparty na dwóch fałszach. Te wysokości odczytywał nie Pilot tupolewa, ale Nawigator, wykonując zresztą swój obowiązek, jaki Instrukcja samolotu Tu-154 nakładała na niego w tej fazie podejścia. I nie robił tego „spokojnie”, a więc nie, jak sugeruje Polityka, ze świadomą akceptacją celowego takiego zniżania. Kto nie słuchał zapisu rejestratora, może sam bardzo prosto tego doświadczyć. Wystarczy spróbować zmieścić się z frazą „30, 20” w niecałej półtorej sekundy. A gdyby chciał twierdzić, że niepokój pojawił się dopiero w końcówce, to niech wypowie wcześniejsze „90, 80, 70, 60, 50”. Tym razem ma na to aż 3 sekundy 228 milisekund.
Co więcej – zacytowanych przez Politykę wysokości „40, 30, 20 i nawet tych wyższych nie akceptowali również piloci. Ujawnione przy raporcie Millera zapisy rejestratorów wskazują, że przynajmniej jeden pilot zaczął ściągać wolant jeszcze przed komunikatem Nawigatora „60”. Co przed „50” przełożyło się na pierwszy zarejestrowany skutek, jakim był wzrost przeciążenia pionowego, świadczący o zmniejszaniu się prędkości zniżania. A zanim Nawigator powiedział „30” – nastąpiło wyłączenie sterującego zniżaniem automatu. Nie mówiąc już o „20”.
Tu mamy wymowny przykład, do jakich błędnych wniosków prowadzi cytowanie pojedynczych i wyrwanych z kontekstu fraz usłyszanych w kabinie pilotów, bez zestawienia ich z pozostałymi zapisami i z położeniem samolotu. I nie jest to oderwany od reszty taki przypadek, bo podobnie błędnie są interpretowane: „siadajcie, siadaj … spokojnie”, „niee, ktoś za to beknie!”, czy „zmieścisz się, śmiało”. A także „terrain ahead!” oraz „pull up!”.
Swym fałszem Polityka naruszyła dobra osobiste zarówno pilotów, jak też J. Kaczyńskiego i A. Macierewicza. Pierwszym – zarzucając ślepą brawurę do samego końca (z komunikatem „20” rozpoczynają się odgłosy zniszczeń), a drugim – ukrywanie swej rzekomej wiedzy o tej niemającej miejsca okoliczności.
Wysłałem w tej sprawie do Polityki aż trzy korespondencje, jedną do Redaktora Naczelnego, a dwie wprost do p. M. Janickiego. Bez jakiegokolwiek odzewu. Cóż, takie są standardy Polityki i jej „dziennikarzy”. Niestety, prawo nie daje czytelnikowi możliwości wniesienia skutecznego protestu przeciwko ogłupianiu go. Kto wie, może nawet część czytelników tych pism chce być tak ogłupiana.
Napisałem „tych pism”, bo w mediach drugiej strony nie spotkałem podobnych fałszów, do tego wymierzonych w Zmarłych, którzy już nie mogą samodzielnie się bronić. Nie spotkałem, choć jestem częstszym ich odbiorcą niż wyżej opisanych, do których zaglądam raczej okazjonalnie. Jeśli jednak i tam przeoczyłem podobne, oparte na fałszach ataki personalne na osoby nieżyjące, to będę wdzięczny za wszelkie mnie o tym powiadomienia. Proszę nie mieć wątpliwości, że je zamieszczę w kolejnych publikacjach. Czytelnik części „Pogubieni” zapewne już spostrzegł, że prawdzie nie sprawdzam barw partyjnych.
Badacze, czy propagandziści ?
W roku 2015, krótko przed piątą rocznicą katastrofy, nagły szturm propagandowy przypuścili dwaj byli członkowie komisji Millera – Wiesław Jedynak i Piotr Lipiec. Na YouTube opublikowali kilka filmików, wprost najeżonych fałszami. Co kuriozalne – niektóre z nich są niezgodne nawet z raportem Millera. W którego opracowaniu uczestniczyli i który sami przecież podpisali.
I tak filmik „Wiesław Jedynak tłumaczy działanie wysokościomierzy samolotu Tu-154M” przynosi oryginalną tezę, że ilość wysokościomierzy w kokpicie samolotu, gdzie np. Kapitan dysponował czterema, przekraczała możliwości percepcyjne pilotów. No bo skoro ich było aż tyle, to na który patrzeć?
Proponuję przyjrzeć się stosunkowo skromnemu wyposażeniu paneli przyrządowych w kokpicie Tu-154 i porównać je np. z kokpitami embraerów czy boeingów, gdzie wskaźnikami i przełącznikami jest szczelnie nabity również sufit. Wg W. Jedynaka ich piloci musieliby mieć ustawiczny zawrót głowy.
W. Jedynak powtarza też nietrafny zarzut z raportu o nieodejściu na drugi krąg po sygnałach TAWS. Zarzut nietrafny, bo w uwadze nr 102 raport jednak przyznaje, że te ostrzeżenia, jako niemające zastosowania podczas podejścia do lotniska, wcześniej powinny zostać wyłączone. A więc – nie obowiązywały. Jak też W. Jedynak powtarza zupełny błąd z tego raportu, że Kapitan, przełączając jeden z wysokościomierzy na ciśnienie standardowe 760 mmHg, „oszukał” TAWS. W rzeczywistości, jak wyjaśniłem w części „Podejście”, właśnie wtedy system TAWS przestał być oszukiwany.
Kolejne ewidentne i, śmiem twierdzić, celowe fałszerstwo W. Jedynaka to 50-cio-sekundowy filmik: „Wiesław Jedynak prezentuje kabinę samolotu Tu-154M”. Najpierw kamera przemierza dwa pierwsze saloniki, a potem przez korytarzyk dociera do stojącego w drzwiach kabiny p. Jedynaka. Korytarzyk składa się z trzech segmentów, a właściwie – segmencików, ale dzięki specjalnie wydłużającemu obiektywowi kamery odnosimy wrażenie, jakby każdy z nich był niemal tunelem. I tego wrażenia dopełnia sam p. Jedynak oświadczając, że w całości ten korytarzyk jest długi na… sześć metrów! A w rzeczywistości pierwszy segment korytarzyka ma długość ok. 1.2 metra, drugi ma metr i kilka centymetrów, a trzeci ma zaledwie osiemdziesiąt centymetrów. W sumie około trzech metrów i paru centymetrów. Dwa razy mniej, niż podaje p. Jedynak.
To fałszerstwo nie jest bagatelne, bo z jego pomocą p. Jedynak usiłuje udowodnić, że zarejestrowane przez CVR obce wypowiedzi nie mogły dochodzić z saloniku Prezydenta, bo był aż tak odległy. Zatem, zdaniem W. Jedynaka, wypowiadające je osoby musiały przebywać w kabinie pilotów.
(Pomijając już to, że strzępki obcych fraz niekoniecznie musiały docierać aż w saloniku. Zapewne jakieś osoby rozmawiały ze sobą też w korytarzyku, przy którym znajdowała się toaleta.)
W kolejnym filmiku: „Wiesław Jedynak tłumaczy działanie autopilota samolotu Tu-154M” jego autor i aktor głosi: „… współrzędne wpisane do tego komputerowego planu lotu nie były ee yyy ostatecznie prawidłowe i dały odchylenie na południe od kierunku lotu …”. A to zająknięcie się „ee yyy” staje się zrozumiałe, gdy dowiemy się, czego p. Jedynak w tym miejscu nie dopowiedział. Otóż tych nieprawidłowych współrzędnych nie wymyślili, ani ich nie pomylili piloci. Otrzymali je od Rosjan, wraz z przestarzałą kartą podejścia.
I jeszcze dwie kwestie, o których p. W. Jedynak wraz z całą komisją się nie dowiedzieli, a powinni się dowiedzieć. Pierwsza – to piloci wprawdzie te współrzędne do autopilota wprowadzili, ale go nie włączyli. Ponieważ zbyt zgrubnie określały kierunek pasa – z dokładnością do ±92.5 metra, podczas gdy pas miał szerokość zaledwie 49 metrów.
A kwestia druga – fałszywe współrzędne nie kierowały 116 metrów na południe, a ok. 51 metrów na północ. To zaś kolejny dowód że samolot, który istotnie cały czas leciał po południowej stronie kierunku na pas, nie miał włączonego autopilota.
o O o
W. Jedynak, choć możliwe że w raporcie też sporo namieszał, jednak nie należał do podkomisji technicznej. Za to trudno pojąć rzeczywistego członka tej podkomisji – p. Piotra Lipca, który w swoim filmiku na YouTube stwierdził: „załoga czterokrotnie była ostrzegana o możliwości zderzenia się z ziemią”. A chodziło tu o cztery sygnały TAWS, zarejestrowane jako TAWS#34-37.
Tymczasem w załączniku do raportu, i to podpisanym również przez P. Lipca, podkomisja techniczna dostrzegła wprost: „…lotniska Smoleńsk Północny nie było w bazie danych TAWS/FMS. W takim przypadku komendy >terrain ahead< oraz >pull up< zostałyby wygenerowane bez względu na parametry, z jakimi samolot zbliżał się do ziemi. Sygnały te, nie wnosząc żadnej informacji, powinny zostać wyłączone (zablokowane)”.
I teraz wspomniana wyżej uwaga nr 102 z raportu staje się zrozumiała. Jak też staje się widoczne, że członkowie komisji Millera, redagujący różne fragmenty raportu, przeczyli sobie nawzajem.
Swoją fałszywkę na YouTube, tym razem zaprzeczającą samemu sobie (!!!), Piotr Lipiec opublikował 2 stycznia 2015 roku. Na rocznicowy jej powód było jeszcze za wcześnie, czyżby więc chodziło o powstrzymanie rosnących notowań kandydata na prezydenta – Andrzeja Dudy?
o O o
Bo polityczne sterowanie komisją Millera nie budzi wątpliwości – pilnował tego sam jej Przewodniczący – min. Jerzy Miller. Wspominam pierwszą oficjalną prezentację raportu jego komisji z 29 lipca 2011 roku. Referował go bodajże płk Mirosław Grochowski, a jego naświetlenie działań pilotów było dla ich medialnych oskarżycieli co najmniej rozczarowujące. I wtedy wkroczył sam przewodniczący J. Miller, który oceny płka M. Grochowskiego mocno zaostrzył.
Tak, przecież min. J. Miller na technicznych aspektach przedmiotu znał się najlepiej.
Głównym zarzutem raportu Millera było rzekome „łamanie procedur” przez pilotów. A w podchwyconym przez media domyśle – to łamanie narzucił im Prezydent lub Gen. A. Błasik. Tymczasem działania pilotów były profesjonalne i uzasadnione sytuacją, co wynika również z poprzednich części „Lot” i „Podejście”. A ignorancją popisała się komisja Millera, choć w niektórych przypadkach jednak przyznawała, że „wprawdzie przepisy nie zabraniały, ale …”.
A istniejące wtedy przepisy nie zabraniały otworzyć drzwi kabiny, ani nie zabraniały używać autopilota w czasie podejścia (choć wbrew tezie komisji Millera piloci go nie używali – patrz cz. „Podejście”).
Ponadto komisja Millera niesłusznie powołuje się określony w Instrukcji Użytkowania Tu-154 próg 60-ciu metrów, jako moment przejścia z odczytu wysokości barycznej na radiową. Jak oświadczył pilot 36. Pułku – płk Bartosz Stroiński, instrukcja pułkowa określała ten próg jako 100 metrów. A tego rodzaju instrukcja ma rangę niewątpliwie wyższą, niż wszelkie instrukcje zewnętrzne, w tym instrukcje producentów.
Zakładam też, że również instrukcja wewnętrzna Pułku, albo co najmniej utarty zwyczaj, określały ustawianie na miernikach wysokości radiowej progu 65 metrów, a nie 60, jak znowu w oparciu o Instrukcję Użytkowania Tu-154 wolałaby komisja Millera. I właśnie tu widać wytrenowanie pilotów, którego komisja Millera nie zauważyła. Bo w raporcie umieściła zdanie w tonacji pytania: „Po analizie zapisu rejestratora danych widać, że pomimo stwierdzenia przez dowódcę, że nastawniki RW ustawione były na wysokość 100 m, faktycznie ustawiono je na wartość 65 metrów. Nieznany jest moment i tryb podjęcia przez załogę takiej decyzji”. A we wniosku końcowym nr 101 komisja z tej swojej wątpliwości uczyniła już formalny, poważny zarzut.
Wprawdzie stenogram MAK zgłoszenie ustawiania RW na 100 metrów przypisuje Dowódcy, ale stenogram A. Artymowicza w tym miejscu rozpoznaje głos 2-go Pilota. Bo wtedy Dowódca już miał swój nastawnik ustawiony na 65 metrów, choć momentu tego ustawiania nie oznajmiał. A ten moment wyznaczał punkt 4.8.3.6. „Przed zniżaniem” Instrukcji Użytkowania Tu-154.
Natomiast w chwili omawianej przez komisję Millera to 2-gi Pilot ustawiał swój wskaźnik na 100 metrów. Zaś na 65 metrów przestawił go znacznie później, na kręgu nadlotniskowym, znowu zgodnie z punktem 4.8.3.8. „Przed trzecim zakrętem …” wspomnianej Instrukcji.
Były to czynności rutynowe i dotyczyły wyłącznie każdego pilota z osobna, zatem choć mogli, to nie musieli ich ogłaszać kolegom.
Ten szczegółowy wywód pokazuje, że komisji Millera zabrakło dociekliwości, za to nie brakowało jej zapału do formułowania zarzutów. A z takich zarzutów media ukuły jeszcze cięższy – „łamanie wszelkich procedur”.
Dopaść Generała
Tu też się wykazali pewni członkowie komisji Millera. Można przypomnieć udokumentowane zapisem fonicznym ich doprowadzanie do pionu innych członków komisji, którzy jednak mieli wątpliwości, czy wskazane im frazy z taśmy CVR można przypisać D-dcy Sił Powietrznych: „Zdaniem komisji generał Błasik był w kokpicie, tak? Nie mówimy, że mamy poważne wątpliwości czy coś. (...) Zdaniem komisji generał Błasik był tam. I to tak należy przedstawiać!”.
I tak oto teza o obecności Generała w kokpicie, w istocie bardzo kulawa, w sferze medialnej stała się wprost niepodważalna. A przypisane mu frazy zostały uznane za skierowane do pilotów, mimo że żadna z nich nie pasuje do okoliczności, jak też na żadną z nich załoga nie zareagowała (patrz część „Podejście”).
Choć uczciwym członkom komisji Millera udało się w raporcie zamieścić i taką konkluzję: „Dowódca Sił Powietrznych w żaden bezpośredni sposób nie ingerował w proces pilotowania. Ze sporządzonej na potrzeby niniejszej analizy jego charakterystyki psychologicznej wynika, że ‘przejmowanie inicjatywy w sytuacji, w której kompetencje szczegółowe innych oceniał wysoko, jest mało prawdopodobne’. Nie był więc nastawiony na jakąkolwiek aktywną interwencję, był raczej obserwatorem wydarzeń. W tym kontekście w żaden sposób nie można mówić o bezpośrednim nacisku Dowódcy Sił Powietrznych na dowódcę statku powietrznego, a szerzej na załogę” – to ta do mediów już się nie przebiła. Zapotrzebowanie rządzącej wtedy opcji na obciążenie winą Ofiar tej tragedii, zwłaszcza na obciążenie Prezydenta, było zbyt duże.
Z tego samego powodu „słuszne media” nie nagłośniły wypowiedzi podwładnych Generała. Np. pilota mjra G. Pietruczuka, tego samego, który w 2008 roku sprzeciwił się Prezydentowi w słynnym locie do Azerbejdżanu (wtedy Generał opowiedział się po stronie pilota): „Gen. A. Błasik był to zarówno bardzo dobry lotnik, jak i dowódca dbający o bezpieczeństwo oraz przestrzeganie przepisów. (…) Kiedy wchodził do kabiny pilotów ‘zapominał’, że dowodzi całym lotnictwem – stawał się członkiem załogi wykonującym polecenia kapitana”.
Tu spieszę wyprzedzić i odciąć drogę trollom, wciąż szukających przyczynków do oskarżania Generała – mjr G. Pietruczuk mówił o lotach szkoleniowych, a nie o locie do Smoleńska.
Bo wkrótce po katastrofie pojawił się zarzut nawet tak absurdalny, że w locie do Smoleńska Generał wygonił z kabiny jednego z pilotów, sam zajął jego miejsce, po czym osobiście „wykonał” katastrofę. Tę tezę wylansowali autorzy omawianej już książki „Ostatni lot” – J. Osiecki, T. Białoszewski i R. Latkowski. Jeszcze przed jej wydaniem głosili z dużą pewnością, wg swej „analizy” ujawnionych wtedy stenogramów, że generał zajął miejsce za sterami drugiego pilota. Tymczasem MAK stwierdził, że ciała całej załogi nosiły ślady przypięcia pasami. Ich własnymi pasami. Po takim ciosie fałszywka o „generale za sterami” poległa już raczej na zawsze.
o O o
Jednak rosyjski MAK (mimo jego rzekomego międzypaństwowego charakteru jest to organ w istocie rosyjski, a jego „międzypaństwowość” ogranicza się do kilku państw poradzieckich) również okazał się paszkwilantem, w odniesieniu do Generała aż dwukrotnym. Na konferencji w styczniu 2011r. szefowa MAK – gen. Tatiana Anodina ogłosiła aż dwie tezy; że ciało Generała odnaleziono w kokpicie i że w jego organizmie stwierdzono stężenie 0.6 promila alkoholu.
Co do „znalezienia ciała Generała w kokpicie” – to jest znaczące, że z powodu dużego rozdrobnienia przodu samolotu kokpit w ogóle się nie zachował. Więc MAK wyznaczył na wrakowisku umowną powierzchnię 20 x 20 metrów, którą określił jako „strefę kokpitu”. Lecz w tej strefie było trzynaście ciał, w tym Generała, ale nie było ciał… obu Pilotów, ani Technika pokładowego. A przecież wszyscy członkowie załogi mieli ślady przypięcia pasami do ich własnych foteli, co MAK w raporcie również zaznaczył.
Odnośnie alkoholu, to mimo żądań strony polskiej MAK nie ujawnił dokumentacji z tego badania. Więc polska Prokuratura Wojskowa oficjalnie odniosła się do tego dopiero 20 marca 2014r., po przebadaniu przez kryminologów z krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych próbek pochodzących od 21 ofiar katastrofy; od personelu pokładowego, od funkcjonariuszy BOR oraz od Gen. A. Błasika. U żadnej z tych ofiar nie wykryto nawet śladów alkoholu. Jednocześnie prokuratura stwierdziła, że z powodu nieotrzymania rosyjskiej dokumentacji nie może odnieść się do jej tez. W związku z tym nie może określić, czy stwierdzony przez Rosjan alkohol mógł mieć pochodzenie endogenne, czyli wynikające z samoistnych reakcji pośmiertnych w organizmie (w ich wyniku może powstać stężenie nawet 1.0 promila), czy też pochodził np. ze skażenia próbek benzyną lotniczą.
Mimo tego napaści na śp. Generała nie ustały. Po roku od tej konferencji akustyk inż. Andrzej Artymowicz ogłosił swoją, a czwartą z kolei, wersję odczytu rozmów w kokpicie. Wg niej nierozpoznana osoba proponuje innej nierozpoznanej osobie „piwko”. Medialni oskarżyciele nie mają wątpliwości – jedną z tych osób był Generał. Tylko którą?
o O o
Niechlubną rolę w ukształtowaniu fałszywego mitu o Generale odegrał też ówczesny Szef MON – min. Bogdan Klich. Choć początkowo starał się zachować przyzwoicie, przywołajmy tu daleko idącą i emfatyczną deklarację, jaką minister złożył na pogrzebie Generała: „Bo Ty wiedziałeś już wtedy (po wypadku CASA-y – przyp. mój), co spotkało Twoich najbliższych, kolegów, i współpracowników, ale wtedy, kiedy zakończyliśmy pracę nad raportem przyszedłeś i powiedziałeś do tych kilkudziesięciu, 25 jeśli dobrze pamiętam zaleceń komisji, dodam jeszcze 42 własne zadania, aby się to już nigdy nie powtórzyło! I na końcu zeszłego roku zameldowałeś mi, że wszystkie one zostały wykonane, tak się stało. Dlatego też, chcę Ci obiecać drogi Andrzeju, że jeśli ktokolwiek i kiedykolwiek podniesie rękę na Twój dorobek, jako Dowódcy Sił Powietrznych, ja, i Twoi najbliżsi, będziemy tego dorobku bronić!”.
To nie była zwykła retoryka pogrzebowa, jakiej używa się w uroczystych epitafiach, ale zawierała bardzo skonkretyzowane informacje (67 zrealizowanych przez Generała zaleceń po wypadku CASA-y), jak też bardzo mocne zobowiązanie („Będziemy bronić!”).
Niestety, Generała minister nie obronił nawet przed sobą samym. Gdy zaczęto szukać winnych dwóch tak znacznych katastrof lotniczych – postanowił ciążącą na nim samym i na Premierze Donaldzie Tusku odpowiedzialność przerzucić na niemogącego się już bronić Generała. I zaczął twierdzić, że po wypadku CASA-y próbował go odwołać ze stanowiska D-cy Sił Powietrznych, ale nieżyjący już Prezydent na to się nie zgodził. A na świadka przywołał… także już nieżyjącego śp. Pawła Wypycha.
Kompetencje do odwołania Dowódcy Rodzaju SZ przed upływem jego kadencji są w polskim prawie niezbyt wyraziste. Art. 134 Konstytucji ten przypadek odsyła do ustawy, a obowiązujący wtedy art. 43 ustawy z 11 września 2003r. dawał Prezydentowi możliwość tego odwołania, ale wyłącznie w porozumieniu z Ministrem ON lub na jego wniosek. Czyli min. B. Klich miał tu więcej do powiedzenia, niż Prezydent. Zatem doprowadziłby do odwołania Generała, gdyby rzeczywiście miał ku temu tak mocno umotywowany powód. A przynajmniej składając ten wniosek – spełniłby swój zamiar, a piłka zostałaby po stronie Prezydenta. Tak więc min. B. Klich, przez wykrętne tłumaczenie się poniewczasie, popisał się nieudolnością i hipokryzją naraz.
Jeśli do katastrofy przyczyniły się, jak twierdzi komisja Millera, braki szkoleniowe i treningowe, to odpowiedzialność za nie ciążyła nie na Generale, ale na Premierze D. Tusku i na ministrze B. Klichu. Na pierwszym – bo w 2009 roku obciął budżet MON o kwotę 1.743 miliarda złotych, czyli o 7 procent planowanego. A w roku 2010 Premier D. Tusk zdążył na wojsku „zaoszczędzić” już tylko 473 miliony, bo po 10 kwietnia w 36. Pułku powrócono m. in. do płatnych ćwiczeń na trenażerze Tu-154 w Moskwie.
Min. B. Klich też ponosił odpowiedzialność, bo choć przed cięciami budżetu usiłował się bronić, jednak to on jeszcze wcześniej, w 2008 roku, podpisał rezygnację z ćwiczeń na wspomnianym trenażerze.
Tu przestrzegam przed wiarą w informacje odmienne, pochodzące z mediów (np. z TVP1), jak też udzielone przez Szefa Szkolenia SP – gen. Anatola Czabana. Ja opieram się protokółach NIK z lat 2010-11, których w tym zakresie MON nawet nie próbowało podważyć. Więc od innych źródeł mających wiarygodność niewątpliwie wyższą.
Pinokio
Nie lepiej od min. B. Klicha wypadła najpierw Minister Zdrowia, a później Marszałek Sejmu – p. Ewa Kopacz. Zaczęła od zapewnienia polskiego Sejmu o wręcz „doskonałej współpracy” Rosjan z polskimi organami i specjalistami, jak też o rzekomym „przekopywaniu terenu katastrofy na metr głęboko”. I to w czasie, gdy polski akredytowany przy MAK – płk Edmund Klich (nie mylić z min. Bogdanem Klichem) uskarżał się na ignorowanie przez MAK jego samego i jego asystentów, a polska prokuratura nie mogła uprosić w MAK podstawowych informacji, albo otrzymywała kategoryczne odmowy ich udzielenia. Ale szczegółowiej:
W końcu kwietnia 2010r. min. E. Kopacz z trybuny sejmowej powiedziała o polskich lekarzach, którzy po katastrofie towarzyszyli jej w wyprawie do Moskwy: „Z wielką uwagą obserwowałam pracę naszych patomorfologów przez pierwsze godziny. Pierwsze godziny nie były łatwe i to państwo musicie wiedzieć. Przez moment nasi polscy lekarze byli traktowani jako obserwatorzy tego, co się dzieje. To trwało może kilkanaście minut, a potem, kiedy założyli fartuchy i stanęli do pracy razem z lekarzami rosyjskimi, nie musieli do siebie nic mówić”.
Ta wypowiedź wprost sugeruje, jakoby polscy patomorfolodzy uczestniczyli w sekcjach zwłok, co w oczywisty sposób podnosiłoby ich jakość. Ale potem wyszło na jaw, że polscy lekarze do żadnych sekcji nie zostali dopuszczeni. Wtedy min. E. Kopacz bez żenady oznajmiła, że przecież nie twierdziła, że uczestniczyli w sekcjach, ale… w przygotowaniach do sekcji. Czyli w selekcjonowaniu szczątków, obmywaniu, ale w niczym więcej.
Wtedy też w Sejmie powiedziała coś jeszcze bardziej oryginalnego: „Najmniejszy skrawek, który został przebadany, najmniejszy szczątek, który został znaleziony na miejscu katastrofy, wtedy kiedy przekopywano z całą starannością ziemię na miejscu tego wypadku, na głębokości ponad jednego metra i przesiewano ją w sposób szczególnie staranny, każdy znaleziony skrawek został przebadany genetycznie”.
To twierdzenie było tak absurdalne, że wypominano jej je wielokrotnie. Aż nagle E. Kopacz zaczęła się go wypierać. I powołała się na stenogramy sejmowe, w których jej wypowiedź rzeczywiście była mocno stonowana: „Gdy znaleziono najmniejszy szczątek na miejscu katastrofy, wtedy przekopywano z całą starannością ziemię na głębokości ponad jednego metra i przesiewano ją w sposób szczególnie staranny. Każdy znaleziony skrawek został przebadany genetycznie”.
Na nieszczęście dla niej – zachowały się jeszcze zapisy video. Wtedy pani minister, czy może już pani Marszałek, próbując odeprzeć zarzut fałszerstwa stenogramów, tłumaczyła się… pomyłką stenotypistki.
Chociaż nawet ta udoskonalona wypowiedź pani minister była równie nierealna, jak jej oryginalna postać. Szczątki Ofiar znajdowano na wrakowisku jeszcze przez całe tygodnie, a może nawet miesiące, i to bez żadnego przekopywania „na metr głęboko”. Pani Minister/Marszałek/Premier jednak nie wpadła na pomysł wytłumaczenia się, że przecież mówiła o starannym zebraniu tylko „najmniejszych szczątków”, a nie tych większych, jakie znajdowano jeszcze długo potem.
Prezydentów dwóch
Powagi swego urzędu ani bezstronności nie zachował też ówczesny Prezydent – Bronisław Komorowski. Na powszechny szok, spowodowany m. in. haniebnymi oskarżeniami MAK pod adresem śp. Generała, zareagował następująco (cytuję z pamięci): „Polski raport będzie jeszcze bardziej bolesny”. Pomijając skąd wiedział, jaki raport wyprodukuje „niezależna komisja”, gdyby ta komisja nie podlegała odgórnym ingerencjom, to jednak się mylił. Ale ujawnił swoje intencje.
Na polu bitwy z prawdą stawił się również b. Prezydent Lech Wałęsa, który z uporem powtarza fałszywkę o wpływie na decyzję podejścia, a nawet sugeruje wymuszenie lądowania w wyniku tzw. „rozmowy braci”. Fałszywkę beznadziejnie absurdalną, bo takiego zarzutu nie wysunął raport Millera ani nawet raport MAK. Jej wiarygodność podał w wątpliwość również wice-przewodniczący komisji Millera – dr M. Lasek, w programie red. Moniki Olejnik „Gość Radia Zet”.
I właśnie dziś 22.07.2019r., gdy wprowadzam to opracowanie do sieci, b. Prezydent L. Wałęsa przed gdańskim Sądem Apelacyjnym prawomocnie przegrał proces o naruszenie dóbr osobistych, jaki właśnie w tej sprawie wytoczył mu J. Kaczyński. Przegrał, więc wyrokiem tego Sądu musi J. Kaczyńskiego przeprosić. Ale czy tak od razu przeprosi śmiem wątpić. Jak stwierdziłem wyżej prawdomówni inaczej” nie przepraszają.
Trolle
Trollowanie – to nie tylko internetowy chaos, informacyjny szum, jak go lekceważą niektórzy. Potrafi w swej masie powszechną świadomość zaburzyć i głęboko zniekształcić, nawet gdy nie jest zorganizowany. A najczęściej jest. Nie na próżno niedawno, wiosną 2019 roku, klasyk fałszerstwa – b. Premier D. Tusk powiedział, cytuję z pamięci: „Oni mają media publiczne – my mamy internet!”.
Trolling jest skutecznym narzędziem do budowy poparcia lub niechęci dla opcji czy idei bez rzeczywistych do tego powodów. Wtedy można im przydać cechy absolutnie zmyślone i fikcyjne. To nic, że początkowo uwierzy w nie niewielu. Jednak po idącym w tysiące powtórzeniu w końcu wryją się w świadomość odbiorców tak głęboko, że zaczną w nie wierzyć. I potem już sami te fałsze rozpowszechniają, powołując się, że „przecież wszyscy to wiedzą”, albo że „sam to też słyszałem”.
Często obserwuję, że nawet ci po drugiej stronie barykady zostają tym skażeni. I gdzieś w środku duszą w sobie zawstydzenie z powodu rzekomych, a podważających ich przekonania „faktów”.
Wymownym przykładem takiego fakenewsa jest rzekoma wypowiedź śp. Prezydenta: „Ja i moja kancelaria przygotujemy wizytę w Smoleńsku. Tusk i rząd mają się do tej wizyty nie wtrącać”. Albo inna, tym razem jakoby wypowiedziana przez J. Kaczyńskiego: „Każdy kto będzie próbował zmienić miejsce lądowania prezydenckiego samolotu zostanie oskarżony o utrudnianie prezydentowi RP sprawowania władzy”.
Obie te rzekome wypowiedzi nie mają żadnego udokumentowania, dlatego nie zaznaczam ich kursywą, jak to robię w przypadku prawdziwych cytatów. Próżno ich szukać nie tylko w zapisach na YouTube, czy choćby nawet w Wikicytatach, ale również w publikacjach niechętnych obu Kaczyńskim mediów. Ale już w komentarzach, za które „redakcja nie ponosi odpowiedzialności”, i owszem, jest ich mnóstwo. Często z przypiskiem „znalezione w sieci”. Czyli jeden troll powołuje się na drugiego.
Akurat te „cytaty” często powielane wraz z pismem Szefa Kancelarii Prezydenta – śp. Władysława Stasiaka, do ówczesnego Marszałka Sejmu – B. Komorowskiego. Pismo nie dotyczyło organizacji wizyty w Smoleńsku, a Marszałek Sejmu nie był podmiotem tej organizacji. Było jedynie pozytywną odpowiedzią na wcześniejszą prośbę Marszałka, by „na wolne miejsca w samolocie” zabrano jeszcze parlamentarzystów. Ale w tym piśmie śp. Wł. Stasiak użył potocznego zwrotu: „… Kancelaria Prezydenta RP organizuje przelot samolotu specjalnego”. I aby ten mimowolny sens nie umknął uwadze kolejnego czytelnika, trolle przytaczają to pismo z naprowadzającym przypiskiem: „Pismo min. W. Stasiaka, które wyjaśnia, kto był organizatorem wylotu do Smoleńska”.
Kto zaś był organizatorem tego wylotu i jak ta organizacja przebiegała – opisałem w innym artykule na tej stronie, zatytułowanym „Zamach na prawdę - cz. 1”. A także opisał to raport Millera, w rozdziale 1.17. „Informacje o organizacji i działaniach administracyjnych”. A jeszcze dokładniej – Postanowienie Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga, z 30 czerwca 2012 roku.
Zaś w części „Podejście” podałem kilka znaczących przykładów, w których komisja Millera wykazała się ignorancją z zakresu fizyki, matematyki i topografii. Jednak krytyka raportu nie przebiła się do powszechnej świadomości, bo na pomoc komisji zaraz przybiegli internetowi trolle. I krytykujących raport Millera naukowców zaatakowali szyderstwami typu „parówkowi eksperci”, „znawcy puszek od piwa”. Bo ci na potocznych przykładach, jakimi powszechnie posługują się dydaktycy, ośmielili się nam przybliżyć zjawiska, jakie w cylindrycznych skorupach zachodzą podczas ich zgniatania lub rozrywania.
W ten sam sposób można obśmiać kąpiącego się Archimedesa. Albo obśmiać Newtona, który według anegdoty miał oberwać w głowę jabłkiem. Mimo to ich praw fizyki komisja Millera nie miała prawa ignorować. Nawet jeśli Archimedes i Newton nie mieli (a rzeczywiście nie mieli) „uprawnień lotniczych”. Jednak komisja wykazała się kompletną ignorancją ich praw. Ba, myliło jej się nawet dodawanie z odejmowaniem.
O trollowaniu i o destruktywnym wpływie trolli na powszechną świadomość można by napisać sporą księgę. Ja jednak zamierzam syntezę głównych, związanych ze smoleńską tragedią zagadnień, zmieścić w tym niewielkim opracowaniu.
MAK „do maku”
Gdy tylko Rosjanie, a konkretnie Premier Władimir Putin się zorientował, że polska strona przespała okres międzynarodowego zainteresowania się sprawą i nie skorzystała ze sformułowanej na gorąco oferty Prezydenta Dmitrija Miedwiediewa, by katastrofę badać na zasadach równoprawnego udziału obu stron, zaczęło się wypychanie na margines polskiego akredytowanego przy MAK – płka E. Klicha. I Rosjanie odmawiali mu jego i tak ograniczonych uprawnień, jakie ta akredytacja miała mu zapewniać.
Pod jakimś pretekstem formalnym Rosjanie nie dopuścili asystentów płka E. Klicha (samego pułkownika w tym dniu w Smoleńsku nie było) do kontrolnego oblotu lotniska, jaki przeprowadzili w dniu 15 kwietnia 2010r. A musiał on przynieść wyniki „wrażliwe”, bo potem MAK aż kilkakrotnie odmówił prośbie o udostępnienie protokółu z tego oblotu, lub pozostawił ją bez odpowiedzi.
Lecz takich przypadków było dużo, dużo więcej. By się nad nimi nie rozwodzić – podam tylko ich statystykę. A opieram ją na oficjalnym dokumencie, jakim są „Uwagi Rzeczypospolitej Polskiej (…) do projektu raportu (…) MAK”, wydane 19 grudnia 2010r. Na wymienione tam ogółem 233 wnioski i prośby o informacje, wyjaśnienia, dokumentacje, pomoc prawną, itp., o jakie strona polska wystąpiła między 19.04.2010r. a 07.10.2010r. – aż przy 178-ciu (76%) pozycjach występują adnotacje „nie otrzymano”, „nie umożliwiono”, „nie przekazano”, „brak odpowiedzi”, itp. (Chociaż część wniosków z tej liczby była ponowieniem skierowanych poprzednio, to rezultat ponowień był konsekwentnie negatywny). 
Na kolejne 22 zapytania (10%) MAK udzielił odpowiedzi niepełnych lub wymijających. A tylko 33 (14%) jego odpowiedzi strona polska uznała za zadowalające.
Podajmy tylko niektóre przykłady zainteresowania strony polskiej, które MAK ominął: Wyniki ekspertyz technicznych, jakie winny być przeprowadzone na miejscu katastrofy – strona polska nie otrzymała nawet ich wykazu, zatem nie wiadomo, jakie badania MAK w ogóle przeprowadził. Jakie normy spełniało lotnisko w Smoleńsku i jakie były wymagania względem załóg wykonujących na nim loty – nie podano. Czy były różnice w wyposażeniu lotniska między dniem 7.04.2010r., kiedy lądowali na nim premierzy Putin i Tusk, a dniem 10.04.2010r. – pytanie pozostawiono bez odpowiedzi. Udostępnienia danych z rejestratora lotu Ił-76, który dwukrotnie próbował tam lądować półtorej godziny wcześniej – kilkakrotnie i zdecydowanie odmówiono. (Te dane pozwoliłyby nie tylko zweryfikować warunki podejścia, lecz także wyjaśnić, czy Ił-76 mógł mieć udział w „wycince” drzewostanu). Oceny działania systemu ratownictwa po katastrofie – nie wydano. Wspomnianego już wyżej protokółu oblotu środków radiotechnicznych lotniska, przeprowadzonego dnia 15.04.2010r. – nie udostępniono. Dlaczego przy panującej mgle lotniska nie zamknięto i dlaczego nieuprawniony do tego płk Nikołaj Krasnokutski (którego obecność i udział MAK w swym raporcie tuszował) stopował starania Kierownika Lotniska – ppłka Pawła Plusnina o odesłanie polskiego Tu-154 do Moskwy – nie odpowiedziano.
Mimo, że sporą część z tych wniosków strona polska ponowiła kilkakrotnie – to z konsekwentnie negatywnym skutkiem. Więc pozostało jedynie zgłosić poprawki do projektu raportu MAK. I znowu – mimo że złożyła do tekstu raportu ok. 175 uzasadnionych poprawek – to uwzględnione można policzyć na palcach. W rezultacie wszystkie oskarżenia MAK-u pod adresem Polaków pozostały bez zmian.
Można by takie zachowanie Rosjan złożyć na przysłowiowy „bardach”, gdyby nie inne przykłady. Np. polscy śledczy kilkakrotnie występowali o zapis z lotniskowego systemu radarowego, który ukazałby rzeczywistą trasę podejścia i wysokość lotu, bez uciekania się do wysokości radiowych z wątpliwym ich naniesieniem na rzeźbę terenu. Gdyż komisja Millera nie miała wątpliwości, że smoleński Kierownik Strefy Lądowania nie reagował na znaczne odchylenie lotu od ścieżki podejścia, jakie widział na radarze tak w pionie, jak w poziomie. Początkowo MAK wyjaśniał, że taśma z tego zapisu jest „w obróbce”. Aż w końcu ogłosił, że żaden zapis nie istnieje, z powodu „skręcenia (zwarcia) przewodów pomiędzy kamerą a magnetowidem”. Gdy strona polska powołała się na wielokrotne przywoływanie w raporcie MAK widoku z tego „nieistniejącego” zapisu – MAK zamilkł ostatecznie. Za to komisji Millera odmówił, a polskiej prokuraturze nadal odmawia kontaktu z kontrolerami lotniska. Mało tego, Rosjanie wystąpili o usunięcie z polskiej dokumentacji wcześniejszych zeznań kontrolerów i zastąpienie ich złożonymi później, już bez obecności polskich śledczych! 
Podobnie jest z protokółami z ekspertyz technicznych (a nic nie wskazuje, że takie w ogóle były), w tym toksykologicznych. Mimo wyraźnych wniosków strony polskiej o udostępnienie protokółu z rzekomego wykrycia w ciele Gen. A. Błasika 0.6 promila alkoholu – MAK, poza słynną konferencją prasową gen. T. Anodiny, żadnych dokumentów na to nie przedstawił.
Do tego można jeszcze dodać inne „ustalenia” MAK-u, np. rzekome słowa Kpt. A. Protasiuka: „Wkurzy się, jeśli jeszcze…”, których nikt poza MAK-iem nie usłyszał. Albo włączenie do materiału dowodowego słynnego „incydentu gruzińskiego” sprzed dwóch lat, do tego jeszcze z kłamstwem, jakoby Prezydent wchodził do kokpitu „w czasie lotu”.
Za to MAK dość prymitywnie próbował ukryć udział w katastrofie rosyjskich kontrolerów. I udział ich przełożonych, którzy wymusili na Kierowniku Lotniska sprowadzenie samolotu na lotnisko zasnute mgłą.
I tak MAK w swym raporcie wbrew faktom twierdził, że nadzorowana przez smoleńskiego kontrolera ścieżka podejścia Tu-154 „mieściła się w strefie dopuszczalnych odchyleń”, co oczywiście nie było prawdą. Aby zaś prawdę jakoś zatuszować – nie podał współrzędnych płaskich toru lotu, a tylko przedstawił go na rysunkach. A na ogólnym rys. 43 pokazał nawet, jakoby samolot na całym podejściu leciał w osi pasa, tylko na wcince u dołu rysunku ujawnił przesunięcie jego toru lotu w lewo. Jednak ta wcinka obejmuje tylko jego ostatni, dwuipółkilometrowy odcinek. W rzeczywistości, co jednoznacznie wynika z zarejestrowanego kursu, a także z kilku precyzyjnie zlokalizowanych punktów TAWS, samolot wzdłuż całego dziesięciokilometrowego podejścia miał znaczne odchylenie w lewo, w kulminacji osiągające nawet 135 metrów.
Choć ostatecznie trudno było w raporcie ukryć dosyć dobrze udokumentowany rzeczywisty tor lotu tupolewa, tą jedną fałszywą wizualizacją MAK mógł zmylić wielu, którzy jego raport przeglądali pobieżnie. I zapewne o to mu chodziło.
MAK miał też problem fizyczny, i to problem wspólny z naszą komisją Millera. Obu tym organom bardzo zależało, aby wystąpienie jednego ze wstrząsów jednoznacznie i wprost związać ze słynną brzozą. Ale wstrząsy zostały zarejestrowane nierozdzielnie z pozostałymi parametrami, w tym z wysokością nad mijanym terenem. Zaś przy połączeniu wstrząsu z brzozą – zapisane równolegle wysokości nie pasują do terenu. Konkretnie; nad wzniesieniami dystans do terenu zamiast maleć rośnie, a nad zagłębieniami maleje.
Mało się tym przejęła komisja Millera. Bezkrytycznie te dystanse zaaprobowała, dlatego na trajektorii pionowej jej autorstwa samolot to się wznosi, to opada. Mimo, że takim podskokom musiałyby towarzyszyć wręcz kolosalne przeciążenia pionowe, których w zapisach rejestratorów po prostu nie ma.
MAK się na to nie odważył, więc zgodnie z brakiem przeciążeń tor lotu przedstawił jako wyrównany. Ale by jeszcze się zgadzał z zapisanymi dystansami do terenu, MAK przyjął… sztuczny profil terenu (расчётной). Czyli nieważne, jaki profil był naprawdę, bo powinien być taki, jaki MAK „расчитал”. I już.
Kolejnym przykładem mataczenia MAK jest pominięcie w spisie i w charakterystykach personelu wieży istotnego aktora tego dramatu – płka N. Krasnokutskiego, ponieważ jego obecność była tam nielegalna. Tu MAK mógłby się powołać na formalną wymówkę – płk Krasnokutski nie należał do personelu wieży. Zgadza się, nie należał, a mimo to bardzo czynnie włączał się w sprowadzanie samolotu. I przeciwstawiał się staraniom o jego odesłanie do Moskwy-Wnukowa.
I tak oto w raporcie MAK ostały się jedynie wnioski oskarżające załogę i pasażerów Tu-154. Choć całkowicie nieprawdziwe i nie wytrzymujące konfrontacji z żadną rzeczową analizą, ale właśnie te wnioski „poszły w świat”.
o O o
Oprac. >Alur< – lipiec 2019r.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

KONKLUZJE

ANALIZA PODEJŚCIA – cz. 2

O FILMIE PODKOMISJI MON