FAKTY 2010 - PRAWDOMÓWNI INACZEJ
Tę część przeznaczam tym, którzy wyznaczyli sobie zadanie nie szukania prawdy, ale znalezienia winnych wyłącznie wśród Ofiar tej tragedii. Tych
jest zdecydowanie więcej, dlatego dzielę ich na grupy:
Media
Przed, w czasie i jeszcze parę lat
po katastrofie media były przychylne lub zależne tylko od jednej opcji
politycznej. I w ukształtowaniu powszechnej (nie)świadomości odegrały
zasadniczą rolę. Nieświadomości celowo posianej i głęboko ukorzenionej, która pleni
się dzisiaj. Jak bardzo i jak dalece media się zaangażowały w propagandę
„antysmoleńską” – o tym świadczą poniższe przykłady.
Wymownym przykładem propagandy
„antysmoleńskiej” jest wydana w grudniu 2010 roku książka „Ostatni
lot”, autorstwa Jana Osieckiego, Tomasza Białoszewskiego i Roberta
Latkowskiego. Przyznaję, że nie czytałem jej w całości, a tylko przewertowałem
przy księgarskiej półce. W powszechnym zgiełku medialnym już wtedy chciałem dojść
do rzeczywistych faktów, które na łamach swej książki autorzy mi obiecywali.
Ale tu się zawiodłem. Zamiast obiektywnych ustaleń, szczególnych spostrzeżeń,
logicznych wniosków – znalazłem naciągane tezy o wyłącznej winie pilotów i
„głównego pasażera”. W tym autorzy prześcignęli nawet raport MAK-u (z książki
wynika, że autorzy poznali jego wstępną wersję).
Paradoksalnie ich książka znacząco
się zdewaluowała po opublikowaniu tego raportu. Pokazana przez MAK trajektoria
tragicznego podejścia obaliła ich tezę, która miała dowodzić
winy pilotów. Np. że Kpt. Arkadiusz Protasiuk tuż przed katastrofą, na niskiej
wysokości, utrzymywał lot płaski, bo zakładał, że tak doleci wprost nad pas. Obecnie to
fałszywe założenie wskazuje jedynie, jak bardzo autorzy dążyli do wykazania winy
pilotów.
Dlatego tej książki nie warto
szczegółowo komentować, jakkolwiek niemal co parę stron zdumiewa ignorancją i
brakiem logiki. Przytoczę tylko kilka z tych „kwiatków”. Np. jeden z jej
autorów – pilot R. Latkowski stwierdził, że samolot był właściwie bezawaryjny
(„nie gniotsa, nie łamiotsa”) i że
sam, gdy go pilotował, spotkał się tylko z jedną jego awarią czy usterką. A
zaledwie pół strony dalej sam sobie zaprzeczył, pisząc o awariach, które
wystąpiły w czasie lotów z Premierem Oleksym. Tyle, że winien tym awariom nie
był samolot, a… Premier Oleksy. Dlaczego?
Bo przynosił pecha! „Nazywaliśmy
go Jonaszem” – dodaje.
Tymczasem co 15-sty (!)
wyprodukowany Tu-154 rozbił się. Daje to bardzo wysoki wskaźnik 6.7%. Dla
porównania inne typy o podobnym okresie ich użytkowania w liniach lotniczych:
IŁ-62 – 4%, Boening-737 – 2.1%. W ciągu zaledwie kilku miesięcy po katastrofie
naszego tupolewa rozbiły się jeszcze trzy (w jednym z tych wypadków pasażerowie
tylko cudem ocaleli), tak, że na przełomie 2010/11 właściwa rosyjska instancja
lotnicza wszystkie pozostałe Tu-154 zaleciła zupełnie wycofać z eksploatacji.
A ten konkretny tupolew w ciągu
zaledwie 5-ciu miesięcy, od powrotu z remontu w Samarze do dnia
poprzedzającego katastrofę, w „Książce obsługi statku powietrznego Nr 101
90A837” miał zapisanych aż 29 (dwadzieścia dziewięć!) wystąpień awarii lub
usterek (część z nich się powtarzała). A najpoważniejsza uziemiła go na kilka godzin
na Haiti, dokąd poleciał z pomocą humanitarną.
Wcześniej winien był Premier Józef
Oleksy, teraz złym duchem musiał być Prezydent Lech Kaczyński. I aby wzbudzić dla
niego niechęć czytelnika – autorzy wymyślili rzecz wprost infantylnie głupią. Napisali,
że to nie Szef Kancelarii Premiera Tomasz Arabski w 2008 roku odmówił Prezydentowi
samolotu szczyt do Brukseli, ale że jakoby pilot A. Protasiuk nie mógł polecieć
„z powodu przemęczenia (…) ’Upokorzony’
prezydent musiał wyczarterować samolot od LOT-u” – koniec cytatu.
Przemęczenie pilota jako powód
niewykonania lotu byłoby dobre w literaturze dziecięcej, ale w formacjach
lotniczych obowiązuje zarówno grafik służby, jak też czas wypoczynku załóg.
Dodatkowo przepisy 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego, który
wykonywał przewozy ViP-ów, nakazywały dla takich lotów zabezpieczyć nie tylko
rezerwową załogę, ale nawet rezerwowy samolot. Autorzy książki musieli to wiedzieć,
wszak jeden z nich – R. Latkowski dowodził tym pułkiem przez ponad dwanaście
lat. A jednak niszczyli swą reputację tak absurdalnymi bzdurami.
Tu miejsce na dygresję; w roku
2012 wspomniany Szef Kancelarii Premiera –
T. Arabski w odpowiedzi na zarzuty NIK-u tłumaczył się, że odmówił Prezydentowi
samolotu, bo jego uczestnictwo na brukselskim szczycie uznał za zbędne. Na co
otrzymał ripostę Prezesa NIK – p. Jacka Jezierskiego, że jako Koordynator miał
uprawnienia wyłącznie do realizacji zleceń ViP-ów na transport lotniczy, a nie
do weryfikacji tych zleceń.
Wracając do niesławnych autorów
niesławnej książki, to nie przepuścili ani Pilotowi A. Protasiukowi, ani
Generałowi A. Błasikowi. Pierwszego jego były dowódca – R. Latkowski oskarżył o
„miękkość”, którą w dostępnym wtedy stenogramie MAK-u rzekomo miała poświadczyć
nawet stewardessa (w którym miejscu???). A drugiego mieli ochotę oskarżyć, że
wygonił 2-go Pilota i aż do katastrofy sam pilotował samolot. Tu warto zacytować
ich wprost: „Przez długi czas naszego
dziennikarskiego śledztwa teza, że również podczas tego lotu generał Andrzej
Błasik postanowił posiedzieć za sterami TU154M, wydała się nam bardzo
prawdopodobna. Dowodem na poparcie tej
hipotezy mogłoby być choćby milczenie drugiego pilota w czasie czytania
checklisty”.
No proszę, teza że Gen. A. Błasik
osobiście pilotował samolot pasowałaby do ich książki, jej autorzy mieli nawet
„dowód na jej poparcie” – tyle, że nawet MAK wykluczył, by pilotował. Szkoda.
Autorzy pochwalili się, że trasę
ostatniej fazy lotu przeszli z lokalizatorem GPS, co samo w sobie było intencją
dobrą. Mimo to ich „dziennikarskie śledztwo”, jak swoje dywagacje sami
nazywają, nie przyniosło im spostrzeżeń o negatywnej roli rosyjskich kontrolerów.
Nie podkreślili też, że wszystkie pięć komunikatów Kontrolera W. Ryżenki (KSL)
„… na kursie i ścieżce” były
całkowicie błędne. Tu znowu sobie wypisałem fragment z ich książki: „Horyzont sto jeden! – krzyknął do mikrofonu
zdenerwowany Wiktor Ryżenko. Kontroler z wieży smoleńskiej chciał, żeby samolot
natychmiast wyrównał lot. Protasiuk się nie odezwał. Może nie usłyszał komendy?
A może ją zignorował, bo właśnie zaczął wyrównywać lot? Pewnie był skupiony na
realizacji swojego planu lądowania”.
Szanowni „dziennikarze śledczy”,
W. Ryżenko krzyknął „Horyzont sto jeden!”
półtorej sekundy po tym, gdy pilot, prawdopodobnie 2-gi, przejął wolant. Gdy
Ryżenko to krzyczał, samolot był już tylko 40-50 metrów nad ziemią, do tego
przed szybko wznoszącym się zboczem. Tak więc wykonanie jego polecenia
wyrównania lotu (podkreślam; wyrównania do poziomu) w gruncie rzeczy
doprowadziłoby do uderzenia w to zbocze. Kpt. A. Protasiuk „się nie odezwał”,
bo wtedy miał już na głowie poderwanie samolotu. Co by się udało, gdyby nie inne
zdarzenia, być może też późniejsze zahaczenie brzozy.
Zaznaczam, że moje stwierdzenie co
wtedy Kpt. A. Protasiuk „miał na głowie” nie jest fabułą literacką taką, jak
zacytowane z książki swobodne dywagacje „może
ją zignorował?” czy „pewnie był
skupiony”. Moje wynika ze ścisłego, fizycznego zestawienia zarejestrowanych
parametrów lotu z balistyką masy bliskiej 80-ciu tonom. Bez podjętych już wtedy
konkretnych działań wciąż jeszcze zniżający się samolot nie przeskoczyłby następującego przed nim
wzgórza. Choć możliwe, że przewyższyć rosnącej tuż przed płaskowyżem brzozy już
nie zdołał.
Natomiast Kontroler W. Ryżenko
powinien nakazać nie kontynuowanie podejścia lotem płaskim, ale „odejście na
drugi krąg”. I powinien był to zrobić znacznie wcześniej, gdy samolot był co
najmniej 50-60 metrów wyżej.
A przede wszystkim Kontroler W.
Ryżenko nie powinien podczas ośmiu kilometrów podejścia cały czas upewniać
załogi, że jest na ścieżce, podczas gdy tor lotu
zarówno w poziomie jak w pionie znacznie od niej odbiegał. I nie powinien też sugerować, że początek
lotniska leży pół kilometra bliżej, niż leżał w rzeczywistości.
Bo brzozy nie „posadzili Tusk z
Putinem”, jak szydzą ignoranci. Brzoza rosła 75 metrów w bok od pasa, gdzie
Ryżenko nie powinien samolotu doprowadzić. I nie powinien go w tym miejscu dopuścić
niżej, niż do 35 metrów ponad jej wierzchołkiem.
o O o
Znacznie szerszy niż omawiana
książka wpływ na dezinformację, a do tego permanentny, mają media periodyczne.
Jednym jest Gazeta Wyborcza, z „dziennikarzami”
(do tego grona można ich zaliczać tylko w cudzysłowie) Agnieszką Kublik i
Konstantym Gepertem vel Dawidem Warszawskim. Jakkolwiek tak się
kwalifikujących można by w redakcji GW znaleźć więcej, to na te dwa nazwiska wciąż trzymam
dowody ich fałszerstw. Dlatego pomijam już takie rewelacje GW, jak „cztery
próby lądowania” lub „kłótnię na lotnisku”. Bo nie jestem pewien, czy dziś
jeszcze dotarłbym do tych publikacji, a we właściwym czasie ich sobie nie
zachowałem. Za to mogę zapewnić, że jeśli już kogokolwiek wymieniam z nazwiska,
to mam na to właściwe zabezpieczenie.
Zresztą głoszone przez GW tuż po
katastrofie „cztery próby lądowania” można uznać za pomyłkę mimowolną, gdyż
tego dnia rzeczywiście miały miejsce cztery próby, ale aż trzech samolotów,
polskiego Jaka-40, rosyjskiego Iła-76 i polskiego Tu-154. W tym tylko dwie z
nich były próbami lądowania, a pozostałe dwie, w tym ta tragiczna – tylko
kontrolnym podejściem. Tym niemniej jeszcze nazajutrz fałsz o dwukrotnym
podejściu tupolewa powtarzał też w Wiadomościach TVP1 ich szef – Piotr Kraśko.
Cytuję: „Kilkanaście godzin temu jeszcze
mówiono, że ten samolot czterokrotnie próbował podchodzić do lądowania. Teraz
wiemy, że tylko dwukrotnie”. Tymczasem próba była tylko jedna.
Przy tym muszę ustawicznie
podkreślać, że była to próba podejścia. Bo wciąż jeszcze „podejście do
lądowania” jest mylone z „lądowaniem”, często celowo. Tymczasem są to dwie
odrębne fazy manewru lotniczego. W tym konkretnym przypadku podejście do lądowania
było w pełni dozwolone (co znowu podkreślam!), ale lądowanie – już nie.
Ale wróćmy do Gazety Wyborczej i
p. A. Kublik. 16-tego września 2013r. opublikowała słynny artykuł, będący
przeciekiem z prokuratury, a zatytułowany „Kompromitacja ekspertów
Macierewicza”. W którym zamieściła rzekome wypowiedzi z zeznań trzech
profesorów, uczestniczących w tzw. Konferencjach Smoleńskich. Wypowiedzi, których…
nie było.
Odpowiedzialna za te przecieki
Prokuratura Wojskowa zorientowała się, że złamała prawo. I aby swój delikt
zneutralizować – natychmiast z tych zeznań zdjęła klauzulę tajności. Więc już
nazajutrz po pierwszej publikacji A. Kublik uzupełniła ją o linki do protokołów
tych zeznań. Kto zaś do nich zajrzy, ten się dowie, że najsmakowitsze ich kąski
zostały po prostu zmyślone. Właśnie – kto zajrzy. Bo wielu czytelników GW do
nich nie zajrzało. I nadal wierzą, że profesorowie się skompromitowali.
Tymczasem jeden z nich wspomniał,
że po wojnie widywał wybuchy płonących stodół (można przypuszczać, że wskutek
ukrywanej w nich amunicji). To A. Kublik, być może za sprawą lub z udziałem
„prokuratorów” (tu znowu tak spełniający swój urząd zasługują jedynie na
cudzysłów), przerobiła mu na „wybuch w
szopie”. I szydziła z jego rzekomej terminologii ginekologicznej, gdy na
badanym fragmencie z wraku wskazał charakterystyczne rozstępy połączeń nitowanych.
Co do drugiego profesora – to A.
Kublik skarykaturyzowała mu całkowicie wyrwane z kontekstu pojęcie „eksperyment myślowy”. Tymczasem wcale mu
nie chodziło o „eksperymentowanie w myślach”, przeciwnie, profesor stwierdził
dosłownie, że przeprowadził „analizę
myślową”. Zupełnie tak samo, jak Maxwell, Einstein czy Higgs, którzy do swych
epokowych odkryć również doszli na drodze rozważań czysto teoretycznych, bez doświadczeń
praktycznych. Zaś „eksperymentem myślowym”
profesor nazwał swoją metodykę rozumowania, dobór przesłanek, a nie jakieś
wirtualne, urojone eksperymenty.
A jeszcze bezczelniej p. A. Kublik
oszkalowała trzeciego zeznającego – dra Wiesława Biniendę. Napisała, że dopiero
prokuratorów prosił o dane, które wcześniej musiałby znać. On zaś ich w ogóle o
nic nie prosił. Jak też napisała, że jego macierzysta uczelnia nic nie wie o
jego badaniach, czemu władze uczelni w Akron zdecydowanie zaprzeczyły. Za co
zresztą doświadczyły zmasowanego hejtu.
Manipulacjami w stylu GW i A.
Kublik można zdyskredytować nawet św. Jana Pawła II. Przecież On nawet nie
ukończył normalnego seminarium. Kiedy niby studiował – całymi dniami zajmował
się kopaniem soli. Za to, jak sam przyznał, już jako dziecko często chodził na mszę
świętą. Czyli formuł liturgicznych nauczył się podpatrując jakiegoś księżulka?
Kolejnym takim „dziennikarzem”
Gazety Wyborczej jest Konstanty Gebert. Ten w słynnym filmie National
Geographic „Śmierć Prezydenta” oznajmił, że po tzw. „incydencie
gruzińskim”, cytuję: „pilot już nigdy
więcej nie usiadł za sterami samolotu z Prezydentem”. Tymczasem sam major
(wtedy jeszcze kapitan) Grzegorz Pietruczuk półtora roku wcześniej powiedział jego
własnej, czyli K. Geperta, gazecie: „... lataliśmy potem przecież razem wiele razy”. Doprawdy, to dość szczególny przykład, gdy ktoś
tak lekceważy i nie ufa treściom podawanym przez swoje macierzyste wydawnictwo.
o O o
Zaś w filmie „Śmierć Prezydenta”
doliczyłem się aż piętnastu podobnych fałszów. Wymienię kilka z nich:
A więc już na wstępie 70-tą rocznicę zbrodni katyńskiej autorzy
filmu nazywają „kontrowersyjną rocznicą”. Przy tym nie wiadomo, czy chcieli
podtrzymać radziecką propagandę że tej zbrodni dokonali Niemcy, czy też
jej upamiętnianie uznali za „niepoprawne politycznie”. Kolejny fałszem jest
powtórzenie MAK-owskiej tezy o „próbie
lądowania”. Potem film twierdzi, że „samolot
miał trzy rejestratory, a wszystkie w końcu odnaleziono”. W rzeczywistości
miał cztery rejestratory ciągłe, w tym jeden podwójny. Jak oświadczyli sami
Rosjanie – rejestratora KZ-63 nie odnaleźli nigdy. Gdy już jesteśmy przy
awionice – to filmu sugeruje, że w kokpicie był tylko jeden wysokościomierz
baryczny i jeden radiowy. W rzeczywistości było tam sześć wysokościomierzy
barycznych, wskazujących wysokość nad poziomem lotniska (Kpt. Protasiuk
świadomie przestawił wskazania tylko jednego z nich) oraz dwa radiowe,
wskazujące dystans do terenu pod samolotem. I zaraz z tego niedoliczenia się wynikła
totalna bzdura: „Ponieważ wysokościomierz
barometryczny został przestawiony – Nawigator mógł korzystać wyłącznie z radiowego”. Tymczasem Nawigator miał
przed sobą, oprócz tego przestawionego, aż dwa poprawnie wskazujące
wysokościomierze barometryczne, w tym jeden specjalnie mu przeznaczony.
Myślę, że do oceny tego „porządnie
zrobionego filmu”, jak go zachwalają jego admiratorzy, to już wystarczy. A
przypomnę, że podobnych błędów w filmie doliczyłem się aż piętnastu. I to nie
licząc poruszających „efektów specjalnych”, jak wzorcowego, schludnego dispatchers
room-u zamiast barako-wieży, albo pędzelka i ściereczki na wyposażeniu rosyjskich
śledczych, zamiast łomu i koparki.
Załóżmy, że autorzy filmu byli
wprowadzani w błąd przez wywiadowane osoby i instytucje (choć można im
zarzucić, że swoje źródła wybrali tak jednostronnie). Ale czy Gazeta Wyborcza i
A. Kublik lub K. Gebert choćby przyznali się do swych fałszów, nie mówiąc już,
żeby wzorem prof. Jacka Rońdy za nie przeprosili? Ja o tym nie słyszałem.
o O o
Nigdy też nie słyszałem, by swoimi
manipulacjami żenował się Newsweek. Co więcej, stwierdzam, że je świadomie
konstruuje. Wyraźnie na to wskazuje przykładowe zdanie z rocznicowego n-ru
15/2018, z 8 kwietnia 2018r.: „ ... z prezydenckiej salonki wędrowały do
niej (do kabiny pilotów) pielgrzymki prominentów z wieścią, że prezydent
oczekuje lądowania albo nie jest w stanie podjąć decyzji o locie na zapasowe
lotnisko”.
Tu należy docenić warsztatową
sprawność autora tego artykułu, jak też redaktora całego tego numeru. Autora – Cezarego
Michalskiego, bo choć w przytoczonym fragmencie wszystko jest fałszem, to
jednocześnie niemal wszystko jest prawdą!
Nie, to nie paradoks. Bo śp. Dyr.
Mariusz Kazana z pewnością był „prominentem”. Choć nie należał do otoczenia Prezydenta
i nie wykonywał jego poleceń, a do nadzorowania uroczystości w Katyniu został
specjalnie wydelegowany przez MSZ (min. Radosława Sikorskiego), ale prominentem był. I
nie można zaprzeczyć, że jednoosobowe „pielgrzymki” też istnieją. A
pielgrzymując – musiał przejść przez „prezydencką salonkę”. Nikt też nie
zdoła zaprzeczyć, że każdy kto wsiada do samolotu, a więc również Prezydent, „oczekuje
lądowania” u celu podróży.
Co prawda „prezydent był w
stanie podjąć decyzję o locie na zapasowe lotnisko” (choć zamierzał ją
podjąć nie rzucając monetą, ale po rozpoznaniu dwóch lotnisk wskazanych mu
przez pilotów i w wyznaczonym przez nich czasie), ale nie bądźmy drobiazgowi i
tej rozbieżności się już nie czepiajmy.
Doceniam też sprawność redaktora
numeru, którym być może był sam Naczelny – Tomasz Lis. Bo ów artykuł, zresztą
bardzo wymownie zatytułowany „Śmierć kłamstwa smoleńskiego”, został umieszczony
tuż za wywiadem z członkiem komisji Millera – drem Maciejem Laskiem. Dr M. Lasek aż
takiej fałszywki wypuścić nie mógłby, sam zresztą wypowiadał się dość oględnie.
Ale w ten sposób, być może niechcący, firmował też kolejny artykuł, który tam podłożono jako rzekomą kontynuację jego opinii. Tak wykorzystać dra M. Laska, który po
wywiadzie mógł zachować przekonanie że nie przekroczył granic przyzwoitości,
to był prawdziwy majstersztyk redaktora Newsweeka.
Gdy już jesteśmy przy T. Lisie –
to we wstępniaku do innego numeru tygodnika zarechotał: „zmieścisz się śmiało”. Gdyby zaś sprawdził czas i pozycję samolotu
w jakich ta fraza została wypowiedziana, to wiedziałby, że do sugerowanych przez
niego okoliczności odnosić się nie mogła. A niezależnie, czy jego rechot
wynikał z nieznajomości faktów, czy z niezdolności do najprostszego rozumowania, to żadna z tych ewentualności nie poświadcza jego inteligencji.
Podobnie jak nie poświadcza jej u b. ministra R. Sikorskiego, który identyczną
ignorancją też się publicznie popisał.
Powodzenie tych fałszywek rozzuchwaliło
„dziennikarzy” Newsweeka do tego stopnia, że ostatnio przestali się nawet zabezpieczać dwuznacznością, która by ich chroniła przed
odpowiedzialnością za słowo. W n-rze 26/2019, w artykule „Skazany za Smoleńsk”
(to o b. Szefie Kancelarii Premiera – T. Arabskim), który to artykuł właściwie
cały jest wielkim fałszem, Renata Grochal napisała: „W 2010 roku, gdy tylko pojawiła się informacja, że Tusk z okazji 70.
rocznicy zbrodni katyńskiej planuje wizytę w Katyniu i spotkanie z Putinem,
prezydent Kaczyński także postanowił się tam wybrać”.
I to łgarstwo jest wyjątkowo
bezczelne, bo jaka „pojawiła się informacja”, oraz kto i co zrobił, gdy się o
niej dowiedział, było akurat zupełnie na odwrót. Opisałem to już w innym artykule na tej stronie, zatytułowanym „Zamach na prawdę - cz. 1”. A kto wolałby
oficjalny opis tych zdarzeń, temu polecam np. raport Millera, rozdz. 1.17. „Informacje
o organizacji i działaniach administracyjnych”. A jeszcze więcej dowie się z
Postanowienia Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga, z 30 czerwca 2012 roku. To
aż 339 stron, za to wyjaśniających ten temat dogłębnie.
o O o
I przyszedł czas na Politykę, nie
na tę dosłowną, ale na podobny Newsweekowi „tygodnik opinii”. W n-rze 15/2019 z
10 kwietnia 2019r. panowie Mariusz Janicki i Wiesław Władyka (dziennikarzami ich nie nazwę) wprost zarzucili Jarosławowi Kaczyńskiemu i Antoniemu Macierewiczowi, że
znają i uznają te przyczyny katastrofy, jakie M. Janickiemu i W. Władyce
podpowiada ich wypaczona wyobraźnia. Cytuję: „Wiele wskazuje na to, że ani Kaczyński,
ani Macierewicz nie wierzą w żaden zamach. (...) Dobrze wiedzą, że pilot tupolewa spokojnie odliczał 40, 30, 20 m do ziemi, nie widząc lotniska”.
Ten zarzut obu panów z Polityki,
jakoby J. Kaczyński i A. Macierewicz mieli świadomość okoliczności przeciwnych
niż głoszą, jest oparty na dwóch fałszach. Te wysokości odczytywał nie Pilot
tupolewa, ale Nawigator, wykonując zresztą swój obowiązek, jaki
Instrukcja samolotu Tu-154 nakładała na niego w tej fazie podejścia. I nie
robił tego „spokojnie”, a więc nie, jak sugeruje Polityka, ze świadomą
akceptacją celowego takiego zniżania. Kto nie słuchał zapisu rejestratora, może
sam bardzo prosto tego doświadczyć. Wystarczy spróbować zmieścić się z frazą „30,
20” w niecałej półtorej sekundy. A gdyby chciał twierdzić, że niepokój
pojawił się dopiero w końcówce, to niech wypowie wcześniejsze „90, 80, 70, 60, 50”. Tym razem ma na to aż
3 sekundy 228 milisekund.
Co więcej – zacytowanych przez
Politykę wysokości „40, 30, 20”
i nawet tych wyższych nie akceptowali również piloci. Ujawnione przy raporcie
Millera zapisy rejestratorów wskazują, że przynajmniej jeden pilot zaczął ściągać
wolant jeszcze przed komunikatem Nawigatora „60”. Co przed „50” przełożyło
się na pierwszy zarejestrowany skutek, jakim był wzrost przeciążenia pionowego,
świadczący o zmniejszaniu się prędkości zniżania. A zanim Nawigator powiedział
„30” – nastąpiło wyłączenie sterującego
zniżaniem automatu. Nie mówiąc już o „20”.
Tu mamy wymowny przykład, do
jakich błędnych wniosków prowadzi cytowanie pojedynczych i wyrwanych z
kontekstu fraz usłyszanych w kabinie pilotów, bez zestawienia ich z pozostałymi
zapisami i z położeniem samolotu. I nie jest to oderwany od reszty taki przypadek, bo
podobnie błędnie są interpretowane: „siadajcie,
siadaj … spokojnie”, „niee, ktoś za to beknie!”, czy „zmieścisz się, śmiało”. A także „terrain ahead!” oraz „pull up!”.
Swym fałszem Polityka naruszyła
dobra osobiste zarówno pilotów, jak też J. Kaczyńskiego i A. Macierewicza.
Pierwszym – zarzucając ślepą brawurę do samego końca (z komunikatem „20” rozpoczynają się odgłosy zniszczeń),
a drugim – ukrywanie swej rzekomej wiedzy o tej niemającej miejsca okoliczności.
Wysłałem w tej sprawie do Polityki
aż trzy korespondencje, jedną do Redaktora Naczelnego, a dwie wprost do p. M.
Janickiego. Bez jakiegokolwiek odzewu. Cóż, takie są standardy Polityki i jej „dziennikarzy”.
Niestety, prawo nie daje czytelnikowi możliwości wniesienia skutecznego
protestu przeciwko ogłupianiu go. Kto wie, może nawet część czytelników tych
pism chce być tak ogłupiana.
Napisałem „tych pism”, bo w
mediach drugiej strony nie spotkałem podobnych fałszów, do tego wymierzonych w
Zmarłych, którzy już nie mogą samodzielnie się bronić. Nie spotkałem, choć jestem
częstszym ich odbiorcą niż wyżej opisanych, do których zaglądam raczej
okazjonalnie. Jeśli jednak i tam przeoczyłem podobne, oparte na fałszach ataki
personalne na osoby nieżyjące, to będę wdzięczny za wszelkie mnie o tym powiadomienia.
Proszę nie mieć wątpliwości, że je zamieszczę w kolejnych publikacjach. Czytelnik części „Pogubieni” zapewne już spostrzegł, że prawdzie nie sprawdzam barw
partyjnych.
Badacze, czy propagandziści
?
W roku 2015, krótko przed piątą
rocznicą katastrofy, nagły szturm propagandowy przypuścili dwaj byli członkowie
komisji Millera – Wiesław Jedynak i Piotr Lipiec. Na YouTube opublikowali kilka
filmików, wprost najeżonych fałszami. Co kuriozalne – niektóre z nich
są niezgodne nawet z raportem Millera. W którego
opracowaniu uczestniczyli i który sami przecież podpisali.
I tak filmik „Wiesław Jedynak
tłumaczy działanie wysokościomierzy samolotu Tu-154M” przynosi oryginalną tezę,
że ilość wysokościomierzy w kokpicie samolotu, gdzie np. Kapitan dysponował
czterema, przekraczała możliwości percepcyjne pilotów. No bo skoro ich było aż
tyle, to na który patrzeć?
Proponuję przyjrzeć się stosunkowo
skromnemu wyposażeniu paneli przyrządowych w kokpicie Tu-154 i porównać je np.
z kokpitami embraerów czy boeingów, gdzie wskaźnikami i przełącznikami jest
szczelnie nabity również sufit. Wg W. Jedynaka ich piloci musieliby mieć
ustawiczny zawrót głowy.
W. Jedynak powtarza też nietrafny zarzut
z raportu o nieodejściu na drugi krąg po sygnałach TAWS. Zarzut nietrafny, bo w
uwadze nr 102 raport jednak przyznaje, że te ostrzeżenia, jako niemające
zastosowania podczas podejścia do lotniska, wcześniej powinny zostać wyłączone.
A więc – nie obowiązywały. Jak też W. Jedynak powtarza zupełny błąd z tego
raportu, że Kapitan, przełączając jeden z wysokościomierzy na ciśnienie
standardowe 760 mmHg, „oszukał” TAWS. W rzeczywistości, jak wyjaśniłem w części „Podejście”, właśnie wtedy system TAWS przestał być oszukiwany.
Kolejne ewidentne i, śmiem
twierdzić, celowe fałszerstwo W. Jedynaka to 50-cio-sekundowy filmik: „Wiesław
Jedynak prezentuje kabinę samolotu Tu-154M”. Najpierw kamera przemierza dwa
pierwsze saloniki, a potem przez korytarzyk dociera do stojącego w drzwiach
kabiny p. Jedynaka. Korytarzyk składa się z trzech segmentów, a właściwie –
segmencików, ale dzięki specjalnie wydłużającemu obiektywowi kamery odnosimy
wrażenie, jakby każdy z nich był niemal tunelem. I tego wrażenia dopełnia sam
p. Jedynak oświadczając, że w całości ten korytarzyk jest długi na… sześć metrów! A w
rzeczywistości pierwszy segment korytarzyka ma długość ok. 1.2 metra,
drugi ma metr i kilka centymetrów, a trzeci ma zaledwie osiemdziesiąt
centymetrów. W sumie około trzech metrów i paru centymetrów. Dwa razy mniej,
niż podaje p. Jedynak.
To fałszerstwo nie jest bagatelne,
bo z jego pomocą p. Jedynak usiłuje udowodnić, że zarejestrowane przez CVR
obce wypowiedzi nie mogły dochodzić z saloniku Prezydenta, bo był aż tak odległy.
Zatem, zdaniem W. Jedynaka, wypowiadające je osoby musiały przebywać w kabinie pilotów.
(Pomijając już to, że strzępki
obcych fraz niekoniecznie musiały docierać aż w saloniku. Zapewne jakieś
osoby rozmawiały ze sobą też w korytarzyku, przy którym znajdowała się toaleta.)
W kolejnym filmiku: „Wiesław
Jedynak tłumaczy działanie autopilota samolotu Tu-154M” jego autor i aktor głosi:
„… współrzędne wpisane do tego komputerowego
planu lotu nie były ee yyy ostatecznie prawidłowe i dały odchylenie na południe
od kierunku lotu …”. A to zająknięcie się „ee yyy” staje się zrozumiałe, gdy dowiemy się, czego p. Jedynak w
tym miejscu nie dopowiedział. Otóż tych nieprawidłowych współrzędnych nie
wymyślili, ani ich nie pomylili piloci. Otrzymali je od Rosjan, wraz z
przestarzałą kartą podejścia.
I jeszcze dwie kwestie, o których
p. W. Jedynak wraz z całą komisją się nie dowiedzieli, a powinni się dowiedzieć.
Pierwsza – to piloci wprawdzie te współrzędne do autopilota wprowadzili, ale go
nie włączyli. Ponieważ zbyt zgrubnie określały kierunek pasa – z dokładnością
do ±92.5 metra, podczas gdy pas miał szerokość zaledwie 49 metrów.
A kwestia druga – fałszywe
współrzędne nie kierowały 116 metrów na południe, a ok. 51 metrów na północ. To
zaś kolejny dowód że samolot, który istotnie cały czas leciał po południowej stronie
kierunku na pas, nie miał włączonego autopilota.
o O o
W. Jedynak, choć możliwe że w
raporcie też sporo namieszał, jednak nie należał do podkomisji technicznej. Za
to trudno pojąć rzeczywistego członka tej podkomisji – p. Piotra Lipca, który w
swoim filmiku na YouTube stwierdził: „załoga
czterokrotnie była ostrzegana o możliwości zderzenia się z ziemią”. A
chodziło tu o cztery sygnały TAWS, zarejestrowane jako TAWS#34-37.
Tymczasem w załączniku do raportu,
i to podpisanym również przez P. Lipca, podkomisja techniczna dostrzegła
wprost: „…lotniska Smoleńsk Północny nie było w bazie danych
TAWS/FMS. W takim przypadku komendy >terrain ahead< oraz >pull up<
zostałyby wygenerowane bez względu na parametry, z jakimi samolot zbliżał się
do ziemi. Sygnały te, nie wnosząc żadnej informacji, powinny zostać
wyłączone (zablokowane)”.
I teraz wspomniana wyżej uwaga nr 102 z raportu staje się
zrozumiała. Jak też staje się widoczne, że członkowie komisji Millera,
redagujący różne fragmenty raportu, przeczyli sobie nawzajem.
Swoją fałszywkę na YouTube, tym razem zaprzeczającą samemu
sobie (!!!), Piotr Lipiec opublikował 2 stycznia 2015 roku. Na rocznicowy jej
powód było jeszcze za wcześnie, czyżby więc chodziło o powstrzymanie rosnących
notowań kandydata na prezydenta – Andrzeja Dudy?
o O o
Bo polityczne sterowanie komisją Millera nie budzi
wątpliwości – pilnował tego sam jej Przewodniczący – min. Jerzy Miller. Wspominam
pierwszą oficjalną prezentację raportu jego komisji z 29 lipca 2011 roku.
Referował go bodajże płk Mirosław Grochowski, a jego naświetlenie działań
pilotów było dla ich medialnych oskarżycieli co najmniej rozczarowujące. I
wtedy wkroczył sam przewodniczący J. Miller, który oceny płka M. Grochowskiego
mocno zaostrzył.
Tak, przecież min. J. Miller na technicznych aspektach
przedmiotu znał się najlepiej.
Głównym zarzutem raportu Millera było rzekome „łamanie
procedur” przez pilotów. A w podchwyconym przez media domyśle – to łamanie narzucił
im Prezydent lub Gen. A. Błasik. Tymczasem działania pilotów były profesjonalne
i uzasadnione sytuacją, co wynika również z poprzednich części „Lot” i
„Podejście”. A ignorancją popisała się komisja Millera, choć w niektórych
przypadkach jednak przyznawała, że „wprawdzie przepisy nie zabraniały, ale …”.
A istniejące wtedy przepisy nie zabraniały otworzyć drzwi
kabiny, ani nie zabraniały używać autopilota w czasie podejścia (choć wbrew
tezie komisji Millera piloci go nie używali – patrz cz. „Podejście”).
Ponadto komisja Millera niesłusznie powołuje się określony w
Instrukcji Użytkowania Tu-154 próg 60-ciu metrów, jako moment przejścia z
odczytu wysokości barycznej na radiową. Jak oświadczył pilot 36. Pułku – płk Bartosz
Stroiński, instrukcja pułkowa określała ten próg jako 100 metrów. A tego
rodzaju instrukcja ma rangę niewątpliwie wyższą, niż wszelkie instrukcje
zewnętrzne, w tym instrukcje producentów.
Zakładam też, że również instrukcja wewnętrzna Pułku, albo
co najmniej utarty zwyczaj, określały ustawianie na miernikach wysokości
radiowej progu 65 metrów, a nie 60, jak znowu w oparciu o Instrukcję
Użytkowania Tu-154 wolałaby komisja Millera. I właśnie tu widać wytrenowanie
pilotów, którego komisja Millera nie zauważyła. Bo w raporcie umieściła zdanie w
tonacji pytania: „Po analizie zapisu
rejestratora danych widać, że pomimo stwierdzenia przez dowódcę, że nastawniki
RW ustawione były na wysokość 100 m, faktycznie ustawiono je na wartość 65
metrów. Nieznany jest moment i tryb podjęcia przez załogę takiej decyzji”.
A we wniosku końcowym nr 101 komisja z tej swojej wątpliwości uczyniła już
formalny, poważny zarzut.
Wprawdzie stenogram MAK zgłoszenie ustawiania RW na 100
metrów przypisuje Dowódcy, ale stenogram A. Artymowicza w tym miejscu rozpoznaje
głos 2-go Pilota. Bo wtedy Dowódca już miał swój nastawnik ustawiony na 65
metrów, choć momentu tego ustawiania nie oznajmiał. A ten moment wyznaczał
punkt 4.8.3.6. „Przed zniżaniem” Instrukcji Użytkowania Tu-154.
Natomiast w chwili omawianej przez komisję Millera to 2-gi Pilot ustawiał swój wskaźnik na 100 metrów. Zaś na 65 metrów przestawił go znacznie
później, na kręgu nadlotniskowym, znowu zgodnie z punktem 4.8.3.8. „Przed
trzecim zakrętem …” wspomnianej Instrukcji.
Były to czynności rutynowe i dotyczyły wyłącznie każdego pilota z osobna, zatem choć mogli, to nie musieli ich ogłaszać kolegom.
Były to czynności rutynowe i dotyczyły wyłącznie każdego pilota z osobna, zatem choć mogli, to nie musieli ich ogłaszać kolegom.
Ten szczegółowy wywód pokazuje, że komisji Millera zabrakło
dociekliwości, za to nie brakowało jej zapału do formułowania zarzutów. A z takich
zarzutów media ukuły jeszcze cięższy – „łamanie wszelkich procedur”.
Dopaść Generała
Tu też się wykazali pewni członkowie komisji Millera. Można
przypomnieć udokumentowane zapisem fonicznym ich doprowadzanie do pionu innych
członków komisji, którzy jednak mieli wątpliwości, czy wskazane im frazy z taśmy CVR można
przypisać D-dcy Sił Powietrznych: „Zdaniem komisji generał Błasik był
w kokpicie, tak? Nie mówimy, że mamy poważne wątpliwości czy coś. (...)
Zdaniem komisji generał Błasik był tam. I to tak należy przedstawiać!”.
I tak oto teza o obecności Generała
w kokpicie, w istocie bardzo kulawa, w sferze medialnej stała się wprost
niepodważalna. A przypisane mu frazy zostały uznane za skierowane do pilotów,
mimo że żadna z nich nie pasuje do okoliczności, jak też na żadną z nich załoga
nie zareagowała (patrz część „Podejście”).
Choć uczciwym członkom komisji
Millera udało się w raporcie zamieścić i taką konkluzję: „Dowódca Sił
Powietrznych w żaden bezpośredni sposób nie ingerował w proces pilotowania. Ze
sporządzonej na potrzeby niniejszej analizy jego charakterystyki psychologicznej
wynika, że ‘przejmowanie inicjatywy w sytuacji, w której kompetencje
szczegółowe innych oceniał wysoko, jest mało prawdopodobne’. Nie był więc
nastawiony na jakąkolwiek aktywną interwencję, był raczej obserwatorem
wydarzeń. W tym kontekście w żaden sposób nie można mówić o bezpośrednim
nacisku Dowódcy Sił Powietrznych na dowódcę statku powietrznego, a szerzej na
załogę” – to ta do mediów już się nie przebiła. Zapotrzebowanie rządzącej
wtedy opcji na obciążenie winą Ofiar tej tragedii, zwłaszcza na obciążenie
Prezydenta, było zbyt duże.
Z tego samego powodu „słuszne
media” nie nagłośniły wypowiedzi podwładnych Generała. Np. pilota mjra G.
Pietruczuka, tego samego, który w 2008 roku sprzeciwił się Prezydentowi w słynnym locie do
Azerbejdżanu (wtedy Generał opowiedział się po stronie pilota): „Gen.
A. Błasik był to zarówno bardzo dobry lotnik, jak i dowódca dbający o
bezpieczeństwo oraz przestrzeganie przepisów. (…) Kiedy wchodził do kabiny
pilotów ‘zapominał’, że dowodzi całym lotnictwem – stawał się członkiem załogi
wykonującym polecenia kapitana”.
Tu spieszę wyprzedzić i odciąć drogę trollom, wciąż szukających
przyczynków do oskarżania Generała – mjr G. Pietruczuk mówił o lotach
szkoleniowych, a nie o locie do Smoleńska.
Bo wkrótce po katastrofie pojawił się zarzut nawet tak absurdalny, że w
locie do Smoleńska Generał wygonił z kabiny jednego z pilotów, sam zajął jego
miejsce, po czym osobiście „wykonał” katastrofę. Tę tezę wylansowali autorzy omawianej
już książki „Ostatni lot” – J. Osiecki, T. Białoszewski i R. Latkowski.
Jeszcze przed jej wydaniem głosili z dużą pewnością, wg swej „analizy”
ujawnionych wtedy stenogramów, że generał zajął miejsce za sterami drugiego
pilota. Tymczasem MAK stwierdził, że ciała całej załogi nosiły ślady przypięcia
pasami. Ich własnymi pasami. Po takim ciosie fałszywka o „generale za sterami”
poległa już raczej na zawsze.
o O o
Jednak rosyjski MAK (mimo jego
rzekomego międzypaństwowego charakteru jest to organ w istocie rosyjski, a jego
„międzypaństwowość” ogranicza się do kilku państw poradzieckich) również okazał
się paszkwilantem, w odniesieniu do Generała aż dwukrotnym. Na konferencji w
styczniu 2011r. szefowa MAK – gen. Tatiana Anodina ogłosiła aż dwie tezy; że
ciało Generała odnaleziono w kokpicie i że w jego organizmie stwierdzono
stężenie 0.6 promila alkoholu.
Co do „znalezienia ciała Generała
w kokpicie” – to jest znaczące, że z powodu dużego rozdrobnienia przodu
samolotu kokpit w ogóle się nie zachował. Więc MAK wyznaczył na wrakowisku
umowną powierzchnię 20 x 20 metrów, którą określił jako „strefę kokpitu”. Lecz
w tej strefie było trzynaście ciał, w tym Generała, ale nie było ciał… obu Pilotów, ani Technika pokładowego. A przecież wszyscy członkowie załogi mieli
ślady przypięcia pasami do ich własnych foteli, co MAK w raporcie również zaznaczył.
Odnośnie alkoholu, to mimo żądań
strony polskiej MAK nie ujawnił dokumentacji z tego badania. Więc polska
Prokuratura Wojskowa oficjalnie odniosła się do tego dopiero 20 marca 2014r.,
po przebadaniu przez kryminologów z krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych
próbek pochodzących od 21 ofiar katastrofy; od personelu pokładowego, od
funkcjonariuszy BOR oraz od Gen. A. Błasika. U żadnej z tych ofiar nie wykryto
nawet śladów alkoholu. Jednocześnie prokuratura stwierdziła, że z powodu nieotrzymania
rosyjskiej dokumentacji nie może odnieść się do jej tez. W związku z tym nie
może określić, czy stwierdzony przez Rosjan alkohol mógł mieć pochodzenie
endogenne, czyli wynikające z samoistnych reakcji pośmiertnych w organizmie (w
ich wyniku może powstać stężenie nawet 1.0 promila), czy też pochodził np. ze
skażenia próbek benzyną lotniczą.
Mimo tego napaści na śp. Generała
nie ustały. Po roku od tej konferencji akustyk inż. Andrzej Artymowicz ogłosił
swoją, a czwartą z kolei, wersję odczytu rozmów w kokpicie. Wg niej nierozpoznana
osoba proponuje innej nierozpoznanej osobie „piwko”. Medialni oskarżyciele nie mają wątpliwości – jedną z tych
osób był Generał. Tylko którą?
o O o
Niechlubną rolę w ukształtowaniu
fałszywego mitu o Generale odegrał też ówczesny Szef MON – min. Bogdan Klich.
Choć początkowo starał się zachować przyzwoicie, przywołajmy tu daleko idącą i
emfatyczną deklarację, jaką minister złożył na pogrzebie Generała: „Bo Ty wiedziałeś już wtedy (po wypadku
CASA-y – przyp. mój), co spotkało Twoich
najbliższych, kolegów, i współpracowników, ale wtedy, kiedy zakończyliśmy pracę
nad raportem przyszedłeś i powiedziałeś do tych kilkudziesięciu, 25 jeśli
dobrze pamiętam zaleceń komisji, dodam jeszcze 42 własne zadania, aby się to
już nigdy nie powtórzyło! I na końcu zeszłego roku zameldowałeś mi, że wszystkie
one zostały wykonane, tak się stało. Dlatego też, chcę Ci obiecać drogi
Andrzeju, że jeśli ktokolwiek i kiedykolwiek podniesie rękę na Twój dorobek,
jako Dowódcy Sił Powietrznych, ja, i Twoi najbliżsi, będziemy tego dorobku
bronić!”.
To nie była zwykła retoryka
pogrzebowa, jakiej używa się w uroczystych epitafiach, ale zawierała bardzo
skonkretyzowane informacje (67 zrealizowanych przez Generała zaleceń po wypadku
CASA-y), jak też bardzo mocne zobowiązanie („Będziemy bronić!”).
Niestety, Generała minister nie
obronił nawet przed sobą samym. Gdy zaczęto szukać winnych dwóch tak znacznych
katastrof lotniczych – postanowił ciążącą na nim samym i na Premierze Donaldzie Tusku
odpowiedzialność przerzucić na niemogącego się już bronić Generała. I zaczął
twierdzić, że po wypadku CASA-y próbował go odwołać ze stanowiska D-cy Sił
Powietrznych, ale nieżyjący już Prezydent na to się nie zgodził. A na świadka
przywołał… także już nieżyjącego śp. Pawła Wypycha.
Kompetencje do odwołania Dowódcy
Rodzaju SZ przed upływem jego kadencji są w polskim prawie niezbyt wyraziste.
Art. 134 Konstytucji ten przypadek odsyła do ustawy, a obowiązujący wtedy art.
43 ustawy z 11 września 2003r. dawał Prezydentowi możliwość tego odwołania,
ale wyłącznie w porozumieniu z Ministrem ON lub na jego wniosek. Czyli min. B.
Klich miał tu więcej do powiedzenia, niż Prezydent. Zatem doprowadziłby do
odwołania Generała, gdyby rzeczywiście miał ku temu tak mocno umotywowany
powód. A przynajmniej składając ten wniosek – spełniłby swój zamiar, a piłka
zostałaby po stronie Prezydenta. Tak więc min. B. Klich, przez wykrętne tłumaczenie
się poniewczasie, popisał się nieudolnością i hipokryzją naraz.
Jeśli do katastrofy przyczyniły
się, jak twierdzi komisja Millera, braki szkoleniowe i treningowe, to
odpowiedzialność za nie ciążyła nie na Generale, ale na Premierze D. Tusku i na
ministrze B. Klichu. Na pierwszym – bo w 2009 roku obciął budżet MON o kwotę
1.743 miliarda złotych, czyli o 7 procent planowanego. A w roku 2010 Premier D.
Tusk zdążył na wojsku „zaoszczędzić” już tylko 473 miliony, bo po 10 kwietnia w
36. Pułku powrócono m. in. do płatnych ćwiczeń na trenażerze Tu-154 w Moskwie.
Min. B. Klich też ponosił
odpowiedzialność, bo choć przed cięciami budżetu usiłował się bronić, jednak
to on jeszcze wcześniej, w 2008 roku, podpisał rezygnację z ćwiczeń na
wspomnianym trenażerze.
Tu przestrzegam przed wiarą w
informacje odmienne, pochodzące z mediów (np. z TVP1), jak też udzielone przez
Szefa Szkolenia SP – gen. Anatola Czabana. Ja opieram się protokółach NIK z lat
2010-11, których w tym zakresie MON nawet nie próbowało podważyć. Więc od
innych źródeł mających wiarygodność niewątpliwie wyższą.
Pinokio
Nie lepiej od min. B. Klicha wypadła najpierw Minister
Zdrowia, a później Marszałek Sejmu – p. Ewa Kopacz. Zaczęła od zapewnienia
polskiego Sejmu o wręcz „doskonałej współpracy” Rosjan z polskimi organami i
specjalistami, jak też o rzekomym „przekopywaniu terenu katastrofy na metr
głęboko”. I to w czasie, gdy polski akredytowany przy MAK – płk Edmund Klich (nie
mylić z min. Bogdanem Klichem) uskarżał się na ignorowanie przez MAK jego samego i
jego asystentów, a polska prokuratura nie mogła uprosić w MAK podstawowych
informacji, albo otrzymywała kategoryczne odmowy ich udzielenia. Ale szczegółowiej:
W końcu kwietnia 2010r. min. E. Kopacz z trybuny sejmowej
powiedziała o polskich lekarzach, którzy po katastrofie towarzyszyli jej w
wyprawie do Moskwy: „Z wielką uwagą
obserwowałam pracę naszych patomorfologów przez pierwsze godziny. Pierwsze
godziny nie były łatwe i to państwo musicie wiedzieć. Przez moment nasi polscy
lekarze byli traktowani jako obserwatorzy tego, co się dzieje. To trwało może
kilkanaście minut, a potem, kiedy założyli fartuchy i stanęli do pracy razem z
lekarzami rosyjskimi, nie musieli do siebie nic mówić”.
Ta wypowiedź wprost sugeruje, jakoby polscy patomorfolodzy
uczestniczyli w sekcjach zwłok, co w oczywisty sposób podnosiłoby ich jakość.
Ale potem wyszło na jaw, że polscy lekarze do żadnych sekcji nie zostali
dopuszczeni. Wtedy min. E. Kopacz bez żenady oznajmiła, że przecież nie twierdziła,
że uczestniczyli w sekcjach, ale… w przygotowaniach do sekcji. Czyli w
selekcjonowaniu szczątków, obmywaniu, ale w niczym więcej.
Wtedy też w Sejmie powiedziała coś jeszcze bardziej
oryginalnego: „Najmniejszy skrawek, który
został przebadany, najmniejszy szczątek, który został znaleziony na miejscu
katastrofy, wtedy kiedy przekopywano z całą starannością ziemię na miejscu
tego wypadku, na głębokości ponad jednego metra i przesiewano ją w sposób
szczególnie staranny, każdy znaleziony skrawek został przebadany
genetycznie”.
To twierdzenie było tak absurdalne, że wypominano jej je
wielokrotnie. Aż nagle E. Kopacz zaczęła się go wypierać. I powołała się na
stenogramy sejmowe, w których jej wypowiedź rzeczywiście była mocno stonowana:
„Gdy znaleziono najmniejszy
szczątek na miejscu katastrofy, wtedy przekopywano z całą starannością
ziemię na głębokości ponad jednego metra i przesiewano ją w sposób szczególnie
staranny. Każdy znaleziony skrawek został przebadany genetycznie”.
Na nieszczęście dla niej – zachowały się jeszcze zapisy
video. Wtedy pani minister, czy może już pani Marszałek, próbując odeprzeć
zarzut fałszerstwa stenogramów, tłumaczyła się… pomyłką stenotypistki.
Chociaż nawet ta udoskonalona wypowiedź pani minister była
równie nierealna, jak jej oryginalna postać. Szczątki Ofiar znajdowano na
wrakowisku jeszcze przez całe tygodnie, a może nawet miesiące, i to bez żadnego
przekopywania „na metr głęboko”. Pani Minister/Marszałek/Premier
jednak nie wpadła na pomysł wytłumaczenia się, że przecież mówiła o starannym
zebraniu tylko „najmniejszych szczątków”, a nie tych większych, jakie
znajdowano jeszcze długo potem.
Prezydentów dwóch
Powagi swego urzędu ani bezstronności nie zachował też ówczesny
Prezydent – Bronisław Komorowski. Na powszechny szok, spowodowany m. in.
haniebnymi oskarżeniami MAK pod adresem śp. Generała, zareagował następująco
(cytuję z pamięci): „Polski raport będzie
jeszcze bardziej bolesny”. Pomijając skąd wiedział, jaki raport wyprodukuje
„niezależna komisja”, gdyby ta komisja nie podlegała odgórnym ingerencjom, to
jednak się mylił. Ale ujawnił swoje intencje.
Na polu bitwy z prawdą stawił się również b. Prezydent Lech
Wałęsa, który z uporem powtarza fałszywkę o wpływie na decyzję podejścia, a
nawet sugeruje wymuszenie lądowania w wyniku tzw. „rozmowy braci”. Fałszywkę
beznadziejnie absurdalną, bo takiego zarzutu nie wysunął raport Millera ani
nawet raport MAK. Jej wiarygodność podał w wątpliwość również
wice-przewodniczący komisji Millera – dr M. Lasek, w programie red. Moniki Olejnik
„Gość Radia Zet”.
I właśnie dziś 22.07.2019r., gdy wprowadzam to opracowanie do sieci, b. Prezydent L. Wałęsa przed gdańskim Sądem Apelacyjnym prawomocnie przegrał proces o naruszenie dóbr osobistych, jaki właśnie w tej sprawie wytoczył mu J. Kaczyński. Przegrał, więc wyrokiem tego Sądu musi J. Kaczyńskiego przeprosić. Ale czy tak od razu przeprosi – śmiem wątpić. Jak stwierdziłem wyżej – „prawdomówni inaczej” nie przepraszają.
I właśnie dziś 22.07.2019r., gdy wprowadzam to opracowanie do sieci, b. Prezydent L. Wałęsa przed gdańskim Sądem Apelacyjnym prawomocnie przegrał proces o naruszenie dóbr osobistych, jaki właśnie w tej sprawie wytoczył mu J. Kaczyński. Przegrał, więc wyrokiem tego Sądu musi J. Kaczyńskiego przeprosić. Ale czy tak od razu przeprosi – śmiem wątpić. Jak stwierdziłem wyżej – „prawdomówni inaczej” nie przepraszają.
Trolle
Trollowanie – to nie tylko internetowy chaos, informacyjny
szum, jak go lekceważą niektórzy. Potrafi w swej masie powszechną świadomość
zaburzyć i głęboko zniekształcić, nawet gdy nie jest zorganizowany. A najczęściej
jest. Nie na próżno niedawno, wiosną 2019 roku, klasyk fałszerstwa – b. Premier
D. Tusk powiedział, cytuję z pamięci: „Oni
mają media publiczne – my mamy internet!”.
Trolling jest skutecznym narzędziem do budowy poparcia lub
niechęci dla opcji czy idei bez rzeczywistych do tego powodów.
Wtedy można im przydać cechy absolutnie zmyślone i fikcyjne. To nic, że
początkowo uwierzy w nie niewielu. Jednak po idącym w tysiące powtórzeniu w
końcu wryją się w świadomość odbiorców tak głęboko, że zaczną w nie wierzyć.
I potem już sami te fałsze rozpowszechniają, powołując się, że „przecież
wszyscy to wiedzą”, albo że „sam to też słyszałem”.
Często obserwuję, że nawet ci po drugiej stronie barykady zostają tym skażeni. I gdzieś w środku duszą w sobie zawstydzenie z powodu
rzekomych, a podważających ich przekonania „faktów”.
Wymownym przykładem takiego fakenewsa jest rzekoma wypowiedź
śp. Prezydenta: „Ja i moja kancelaria
przygotujemy wizytę w Smoleńsku. Tusk i rząd mają się do tej wizyty nie wtrącać”.
Albo inna, tym razem jakoby wypowiedziana przez J. Kaczyńskiego: „Każdy kto będzie próbował zmienić miejsce lądowania
prezydenckiego samolotu zostanie oskarżony o utrudnianie prezydentowi RP
sprawowania władzy”.
Obie te rzekome wypowiedzi nie mają żadnego udokumentowania, dlatego nie zaznaczam ich kursywą, jak to robię w przypadku prawdziwych cytatów.
Próżno ich szukać nie tylko w zapisach na YouTube, czy choćby nawet w
Wikicytatach, ale również w publikacjach niechętnych obu Kaczyńskim mediów. Ale
już w komentarzach, za które „redakcja nie ponosi odpowiedzialności”, i owszem,
jest ich mnóstwo. Często z przypiskiem „znalezione w sieci”. Czyli jeden troll
powołuje się na drugiego.
Akurat te „cytaty” często są powielane wraz z pismem Szefa
Kancelarii Prezydenta – śp. Władysława Stasiaka, do ówczesnego Marszałka Sejmu – B.
Komorowskiego. Pismo nie dotyczyło organizacji wizyty w Smoleńsku, a Marszałek Sejmu
nie był podmiotem tej organizacji. Było jedynie pozytywną odpowiedzią na
wcześniejszą prośbę Marszałka, by „na
wolne miejsca w samolocie” zabrano jeszcze parlamentarzystów. Ale w tym
piśmie śp. Wł. Stasiak użył potocznego zwrotu: „… Kancelaria Prezydenta RP organizuje przelot samolotu specjalnego”.
I aby ten mimowolny sens nie umknął uwadze kolejnego czytelnika, trolle
przytaczają to pismo z naprowadzającym przypiskiem: „Pismo min. W. Stasiaka, które wyjaśnia, kto był organizatorem wylotu
do Smoleńska”.
Kto zaś był organizatorem tego wylotu i jak ta organizacja
przebiegała – opisałem w innym artykule na tej stronie, zatytułowanym „Zamach na prawdę - cz. 1”. A także opisał to raport
Millera, w rozdziale 1.17. „Informacje o organizacji i działaniach
administracyjnych”. A jeszcze dokładniej – Postanowienie Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga,
z 30 czerwca 2012 roku.
Zaś w części „Podejście” podałem kilka znaczących
przykładów, w których komisja Millera wykazała się ignorancją z zakresu fizyki, matematyki i topografii. Jednak krytyka raportu nie przebiła
się do powszechnej świadomości, bo na pomoc komisji zaraz przybiegli
internetowi trolle. I krytykujących raport Millera naukowców zaatakowali
szyderstwami typu „parówkowi eksperci”, „znawcy puszek od piwa”. Bo ci na
potocznych przykładach, jakimi powszechnie posługują się dydaktycy, ośmielili
się nam przybliżyć zjawiska, jakie w cylindrycznych skorupach zachodzą podczas
ich zgniatania lub rozrywania.
W ten sam sposób można obśmiać kąpiącego się Archimedesa. Albo
obśmiać Newtona, który według anegdoty miał oberwać w głowę jabłkiem. Mimo to
ich praw fizyki komisja Millera nie miała prawa ignorować. Nawet jeśli Archimedes
i Newton nie mieli (a rzeczywiście nie mieli) „uprawnień lotniczych”. Jednak
komisja wykazała się kompletną ignorancją ich praw. Ba, myliło jej się
nawet dodawanie z odejmowaniem.
O trollowaniu i o destruktywnym wpływie trolli na powszechną
świadomość można by napisać sporą księgę. Ja jednak zamierzam syntezę głównych,
związanych ze smoleńską tragedią zagadnień, zmieścić w tym niewielkim opracowaniu.
MAK „do maku”
Gdy tylko Rosjanie, a konkretnie Premier Władimir Putin się
zorientował, że polska strona przespała okres międzynarodowego zainteresowania
się sprawą i nie skorzystała ze sformułowanej na gorąco oferty Prezydenta Dmitrija
Miedwiediewa, by katastrofę badać na zasadach równoprawnego udziału obu stron,
zaczęło się wypychanie na margines polskiego akredytowanego przy MAK – płka E.
Klicha. I Rosjanie odmawiali mu jego i tak ograniczonych uprawnień, jakie ta
akredytacja miała mu zapewniać.
Pod jakimś pretekstem formalnym Rosjanie nie dopuścili
asystentów płka E. Klicha (samego pułkownika w tym dniu w Smoleńsku nie było)
do kontrolnego oblotu lotniska, jaki przeprowadzili w dniu 15 kwietnia 2010r.
A musiał on przynieść wyniki „wrażliwe”, bo potem MAK aż kilkakrotnie odmówił
prośbie o udostępnienie protokółu z tego oblotu, lub pozostawił ją bez odpowiedzi.
Lecz takich przypadków było dużo,
dużo więcej. By się nad nimi nie rozwodzić – podam tylko ich statystykę. A
opieram ją na oficjalnym dokumencie, jakim są „Uwagi Rzeczypospolitej Polskiej
(…) do projektu raportu (…) MAK”, wydane 19 grudnia 2010r. Na wymienione tam
ogółem 233 wnioski i prośby o informacje, wyjaśnienia, dokumentacje, pomoc
prawną, itp., o jakie strona polska wystąpiła między 19.04.2010r. a 07.10.2010r.
– aż przy 178-ciu (76%) pozycjach występują adnotacje „nie otrzymano”, „nie
umożliwiono”, „nie przekazano”, „brak odpowiedzi”, itp. (Chociaż część
wniosków z tej liczby była ponowieniem skierowanych poprzednio, to rezultat ponowień
był konsekwentnie negatywny).
Na kolejne 22 zapytania (10%) MAK
udzielił odpowiedzi niepełnych lub wymijających. A tylko 33 (14%) jego
odpowiedzi strona polska uznała za zadowalające.
Podajmy tylko niektóre przykłady
zainteresowania strony polskiej, które MAK ominął: Wyniki ekspertyz
technicznych, jakie winny być przeprowadzone na miejscu katastrofy – strona
polska nie otrzymała nawet ich wykazu, zatem nie wiadomo, jakie badania
MAK w ogóle przeprowadził. Jakie normy spełniało lotnisko w Smoleńsku i jakie były
wymagania względem załóg wykonujących na nim loty – nie podano. Czy były
różnice w wyposażeniu lotniska między dniem 7.04.2010r., kiedy lądowali na nim
premierzy Putin i Tusk, a dniem 10.04.2010r. – pytanie pozostawiono bez
odpowiedzi. Udostępnienia danych z rejestratora lotu Ił-76, który dwukrotnie próbował
tam lądować półtorej godziny wcześniej – kilkakrotnie i zdecydowanie odmówiono.
(Te dane pozwoliłyby nie tylko zweryfikować warunki podejścia, lecz także
wyjaśnić, czy Ił-76 mógł mieć udział w „wycince” drzewostanu). Oceny działania
systemu ratownictwa po katastrofie – nie wydano. Wspomnianego już wyżej
protokółu oblotu środków radiotechnicznych lotniska, przeprowadzonego dnia
15.04.2010r. – nie udostępniono. Dlaczego przy panującej mgle lotniska nie
zamknięto i dlaczego nieuprawniony do tego płk Nikołaj Krasnokutski (którego obecność i
udział MAK w swym raporcie tuszował) stopował starania Kierownika Lotniska – ppłka Pawła Plusnina o
odesłanie polskiego Tu-154 do Moskwy – nie odpowiedziano.
Mimo, że sporą część z tych
wniosków strona polska ponowiła kilkakrotnie – to z konsekwentnie negatywnym
skutkiem. Więc pozostało jedynie zgłosić poprawki do projektu raportu MAK. I
znowu – mimo że złożyła do tekstu raportu ok. 175 uzasadnionych poprawek – to
uwzględnione można policzyć na palcach. W rezultacie wszystkie oskarżenia MAK-u pod adresem Polaków pozostały bez zmian.
Można by takie zachowanie Rosjan
złożyć na przysłowiowy „bardach”, gdyby nie inne przykłady. Np. polscy śledczy kilkakrotnie
występowali o zapis z lotniskowego systemu radarowego, który ukazałby
rzeczywistą trasę podejścia i wysokość lotu, bez uciekania się do wysokości
radiowych z wątpliwym ich naniesieniem na rzeźbę terenu. Gdyż komisja Millera
nie miała wątpliwości, że smoleński Kierownik Strefy Lądowania nie reagował na
znaczne odchylenie lotu od ścieżki podejścia, jakie widział na radarze tak w
pionie, jak w poziomie. Początkowo MAK wyjaśniał, że taśma z tego zapisu jest „w obróbce”. Aż w końcu ogłosił, że żaden
zapis nie istnieje, z powodu „skręcenia
(zwarcia) przewodów pomiędzy kamerą a magnetowidem”. Gdy strona polska
powołała się na wielokrotne przywoływanie w raporcie MAK widoku z tego „nieistniejącego”
zapisu – MAK zamilkł ostatecznie. Za to komisji Millera odmówił, a polskiej
prokuraturze nadal odmawia kontaktu z kontrolerami lotniska. Mało tego, Rosjanie
wystąpili o usunięcie z polskiej dokumentacji wcześniejszych zeznań kontrolerów
i zastąpienie ich złożonymi później, już bez obecności polskich śledczych!
Podobnie jest z protokółami z
ekspertyz technicznych (a nic nie wskazuje, że takie w ogóle były), w tym
toksykologicznych. Mimo wyraźnych wniosków strony polskiej o udostępnienie
protokółu z rzekomego wykrycia w ciele Gen. A. Błasika 0.6 promila alkoholu –
MAK, poza słynną konferencją prasową gen. T. Anodiny, żadnych dokumentów na to nie
przedstawił.
Do tego można jeszcze dodać inne
„ustalenia” MAK-u, np. rzekome słowa Kpt. A. Protasiuka: „Wkurzy się, jeśli jeszcze…”, których nikt poza MAK-iem nie
usłyszał. Albo włączenie do materiału dowodowego słynnego „incydentu
gruzińskiego” sprzed dwóch lat, do tego jeszcze z kłamstwem,
jakoby Prezydent wchodził do kokpitu „w
czasie lotu”.
Za to MAK dość prymitywnie próbował
ukryć udział w katastrofie rosyjskich kontrolerów. I udział ich przełożonych,
którzy wymusili na Kierowniku Lotniska sprowadzenie samolotu na lotnisko zasnute
mgłą.
I tak MAK w swym raporcie wbrew
faktom twierdził, że nadzorowana przez smoleńskiego kontrolera ścieżka podejścia Tu-154 „mieściła się w
strefie dopuszczalnych odchyleń”, co oczywiście nie było prawdą. Aby zaś
prawdę jakoś zatuszować – nie podał współrzędnych płaskich toru lotu, a tylko
przedstawił go na rysunkach. A na ogólnym rys. 43 pokazał nawet,
jakoby samolot na całym podejściu leciał w osi pasa, tylko na wcince u dołu
rysunku ujawnił przesunięcie jego toru lotu w lewo. Jednak ta wcinka obejmuje
tylko jego ostatni, dwuipółkilometrowy odcinek. W rzeczywistości, co
jednoznacznie wynika z zarejestrowanego kursu, a także z kilku precyzyjnie
zlokalizowanych punktów TAWS, samolot wzdłuż całego dziesięciokilometrowego podejścia
miał znaczne odchylenie w lewo, w kulminacji osiągające nawet 135 metrów.
Choć ostatecznie trudno było w
raporcie ukryć dosyć dobrze udokumentowany rzeczywisty tor lotu tupolewa, tą jedną
fałszywą wizualizacją MAK mógł zmylić wielu, którzy jego raport przeglądali
pobieżnie. I zapewne o to mu chodziło.
MAK miał też problem fizyczny, i
to problem wspólny z naszą komisją Millera. Obu tym organom bardzo zależało,
aby wystąpienie jednego ze wstrząsów jednoznacznie i wprost związać ze słynną
brzozą. Ale wstrząsy zostały zarejestrowane nierozdzielnie z pozostałymi
parametrami, w tym z wysokością nad mijanym terenem. Zaś przy połączeniu
wstrząsu z brzozą – zapisane równolegle wysokości nie pasują do
terenu. Konkretnie; nad wzniesieniami dystans do terenu zamiast maleć rośnie, a
nad zagłębieniami maleje.
Mało się tym przejęła komisja
Millera. Bezkrytycznie te dystanse zaaprobowała, dlatego na trajektorii
pionowej jej autorstwa samolot to się wznosi, to opada. Mimo, że takim podskokom
musiałyby towarzyszyć wręcz kolosalne przeciążenia pionowe, których w zapisach rejestratorów po prostu nie ma.
MAK się na to nie odważył, więc
zgodnie z brakiem przeciążeń tor lotu przedstawił jako wyrównany. Ale by
jeszcze się zgadzał z zapisanymi dystansami do terenu, MAK przyjął… sztuczny
profil terenu (расчётной). Czyli nieważne, jaki profil był naprawdę, bo powinien
być taki, jaki MAK „расчитал”. I już.
Kolejnym przykładem mataczenia MAK
jest pominięcie w spisie i w charakterystykach personelu wieży istotnego aktora
tego dramatu – płka N. Krasnokutskiego, ponieważ jego obecność była tam
nielegalna. Tu MAK mógłby się powołać na formalną wymówkę – płk Krasnokutski
nie należał do personelu wieży. Zgadza się, nie należał, a mimo to bardzo
czynnie włączał się w sprowadzanie samolotu. I przeciwstawiał się staraniom o
jego odesłanie do Moskwy-Wnukowa.
I tak oto w raporcie MAK ostały
się jedynie wnioski oskarżające załogę i pasażerów Tu-154. Choć całkowicie
nieprawdziwe i nie wytrzymujące konfrontacji z żadną rzeczową analizą, ale
właśnie te wnioski „poszły w świat”.
o O o
Oprac. >Alur< – lipiec 2019r.
Komentarze
Prześlij komentarz